Woźnica wstrzymał z całej siły konie, obrócił się ku mnie i spytał przerażony, co mi się stało.

— Ano... mogło być gorzej... nie... nie ma niebezpieczeństwa... myślę, że nic nie złamane... o... bardzo proszę... bagatelka...

Podszedłem, jak mogłem najszybciej, do ławki, by ujść ludziom, którzy skupili się licznie dokoła mnie. Nie był to cios śmiertelny i jeśli już miało mi się przydarzyć nieszczęście, to rezultat był wcale zadowalający. Najgorzej martwiło mnie, że trzewik został rozgnieciony, a przyszwa od podeszwy oderwana. Podniosłem nogę i zobaczyłem krew w otworze. No, ale woźnica nie uczynił mi krzywdy rozmyślnie, był wszakże tak przerażony... Pewny jestem nawet, że gdybym go był poprosił53 o wielki bochenek chleba, dałby mi go, dałby z radością. Niechże mu Bóg zapłaci!

Trapił mnie wielki głód, a nie wiedziałem, jak zaspokoić haniebny apetyt. Wiłem się na ławce, pochylając grzbiet, tak że piersi dotykały niemal kolan. Gdy się ściemniło, podsunąłem się pod sam ratusz.

Bóg jeden wie, jak tam doszedłem. Usiadłem na balustradzie, wyrwałem kieszeń z surduta i zacząłem żuć, bez żadnego zresztą celu, przy tym nasrożyłem się, wybałuszyłem oczy przed siebie, ale nic nie widziałem. Kilkoro dzieci bawiło się koło mnie, instynktem czułem mijanie przechodniów, zresztą nie zwracałem na nic uwagi.

Nagle przyszła mi myśl, że mógłbym zdobyć w jatkach kawałek surowego mięsa. Przekroczywszy balustradę, zeszedłem na dół i gdym stanął w pobliżu jatek, krzyknąłem w klatkę schodową, niby to grożąc psu. Potem zuchwale zwróciłem się do pierwszego z brzegu rzeźnika.

— Ach — poprosiłem — bądź pan łaskaw dać mi kość dla psa! Samą kość bez mięsa, byle miał co nosić w pysku.

Dostałem kość niedużą, ale wspaniałą, z odrobiną mięsa, i schowałem ją pod surdut, podziękowawszy tak gorąco, że zastanowiło to wielce rzeźnika.

— Nie ma za co! — powiedział.

— O, nie, nie! — mruknąłem. — Bardzo to pięknie z pańskiej strony.