Świadomość zatliła się na nowo słabo w mej duszy, a wątły ten promyk ogrzał mnie rozkosznie. Przybywało z wolna coraz więcej słońca, ogarnęła mnie jedwabista i poświata i oszołomiła jednocześnie. Z każdą chwilą wzrastały jaskrawe blaski, zaczęły palić, żarzyć się i w mych skroniach, kipieć ciężko, potwornie w mym wyczerpanym mózgu i w końcu strzelił mi z oczu szaleńczy snop promieni. Zapaliło się niebo, ziemia rozgorzała, zwierzęta i ludzie stanęli w płomieniach, buchnęły pożogą góry, wychynęły z piekła ogniste czarty, rozwarły się przepaście, zamajaczyły pustynie, świat cały zmienił się w płomienisko dymnego, krwawego dnia Sądu Ostatecznego.
Nie widziałem już nic i nic nie słyszałem...
*
Zbudziłem się nazajutrz oblany potem, mokry na całym ciele. Gorączka mnie strasznie osłabiła. W pierwszej chwili nie zdawałem sobie sprawy z wczorajszych przejść, czułem tylko ze zdumieniem tak wielką przemianę w sobie, żem się nie mógł poznać. Dotykałem rąk i nóg, nie mogłem pojąć, że okno znajduje się w tej, nie zaś w przeciwległej ścianie, a uderzenia kopyt końskich zdawały się dochodzić nie z dołu, lecz z góry. Miałem lekkie nudności.
Włosy przykleiły się do czoła, oparłem się na łokciach i zobaczyłem również na poduszce liczne pasma mokrych włosów. Nogi napuchły mi w trzewikach podczas nocy, ale nie bolały, nie mogłem tylko dobrze ruszać palcami.
Późno po południu, o samym już zmierzchu wstałem i zacząłem krzątać się po izbie. Stawiałem małe kroki usiłując zachować równowagę i oszczędzić nogi, ile można. Nie bardzo cierpiałem i nie płakałem, nie czułem także smutku, ale raczej radość, bo nie przyszło mi do głowy, by mogło dziać się inaczej, jak się działo.
Potem wyszedłem.
Najgorzej trapił mnie głód, jawiący się mimo wstrętu do jadła. Uczułem ponownie haniebny apetyt, wewnętrzną żarłoczność, która rosła z każdą chwilą. W piersiach żarło mnie bezlitośnie, odbywała się tam przedziwna jakaś czynność. Zdawało mi się, że mam w sobie tuzin maleńkich, drobnych zwierzątek, które pochylają na bok głowy i gryzą przez moment, potem przechylają głowy w drugą stronę i znowu gryzą przez moment. Następnie leżą cicho i znowu zaczynają gryźć bez pośpiechu, a tam, gdzie wbiły zęby, powstają długie, puste chodniki...
Nie czułem się chory, jeno osłabiony i przyszły na mnie poty. Chciałem dotrzeć do Stortorwu i tam spocząć, ale droga była długa i uciążliwa. W końcu jednak zbliżyłem się do celu, stanąłem na rogu placu Targowego i Torostraede. Pot mi ściekał na oczy, zalewał okulary i oślepiał. Przystanąłem właśnie, by się trochę osuszyć, nie wiedziałem jednak, gdzie stoję, byłem ogłuszony straszliwym hałasem panującym wokół.
Naraz rozległ się krzyk — zimny, ostry krzyk ostrzegawczy. Usłyszałem go doskonale i rzuciłem się nerwowo w bok. Uskoczyłem tak szybko, jak tylko mogły tego dokonać moje słabe nogi. Tuż obok przesunął się olbrzymi wóz pełen chleba, a koło musnęło mój surdut. Gdybym uskoczył dalej, uszedłbym cało... Przy większym wysiłku skok ten powiódłby się niewątpliwie. Teraz było już jednak za późno, uczułem silny ból w nodze, kilka palców zostało niemal zmiażdżonych. Czułem, jak kurczą się niejako w trzewiku.