— Nie. Ale wówczas nie byłem również głodny.
— Tym gorzej.
— Wolałabyś, bym był pijany?
— Tak... Ha... boję się pana! Na miły Bóg... Niechże pan mnie puści!
Zawahałem się. Nie mogłem jej puścić, nie chciałem tracić. Pożałowałem mego głupiego gadania... — Ha... to wykręt z jej strony! — błysnęło mi. Pewny byłem teraz, że broni się ze wstydliwości... — Tak, tak, nie ma głupich... Cicho leżeć! Bez awantur!
Ale broniła się zbyt mocno, by miała nią powodować jeno wstydliwość. Niby to przypadkiem obaliłem świecę, tak że zgasła. Dziewczyna stawiała teraz rozpaczliwy opór, jęczała nawet.
— Nie... nie... nie. Jeśli chcesz, całuj mnie w piersi... Drogi... kochany!...
Wstrzymałem się. Mówiła z takim przerażeniem, z taką desperacją, że uczułem wzruszenie. Sądziła, że mnie zaspokoi całowaniem piersi! O, jakże to piękne i naiwne! Rad bym był paść przed nią na kolana.
— Drogie dziecko — powiedziałem zmieszany — nie pojmuję doprawdy twego postępowania...
Wstała, drżącymi rękami zapaliła świecę, ja zaś rozparłem się bezczynny na sofie. Cóż teraz nastąpi? W gruncie rzeczy czułem się bardzo źle.