Nie chcąc dopuścić do tego, by mi dziękowała za dar, spuściłem oczy na dół, szukając czegoś dla siebie, i powiedziałem:
— Teraz przyszedłem po swoje ciastka.
Nie zrozumiała.
— Przyszedłem zabrać sobie kupione swego czasu ciastka... czyli część ich... pierwszą ratę... nie potrzebuję dziś wszystkiego...
— Przyszedł pan po ciastka? — spytała.
— Oczywiście, przyszedłem! — zawołałem ze śmiechem, by zrozumiała tę prostą rzecz, że przyszedłem. Wziąłem też zaraz coś w rodzaju chlebowego piernika i zacząłem jeść.
Zobaczywszy to, przekupka zerwała się z siedzenia w głębi straganu, zaczęła machać rękami dla obrony swej własności i dawać mi do poznania, że nie spodziewała się mego powrotu w celach rabunkowych.
— Jak to, nie? — spytałem. — Niezrównana z pani kobieta. Czyż zdarzyło się, by ktoś dał na przechowanie moc pieniędzy, nie zgłaszając się potem po nie? Ano, widzi pani! Może pani myśli, że to były pieniądze skradzione? Pewnie nie, i bardzo słusznie! Jest to, że tak rzekę, wielka uprzejmość z pani strony, że uważa mnie pani za człowieka uczciwego... Ha... ha... to naprawdę coś niezwykłego!
Spytała, z jakiego powodu dałem jej pieniądze.
Wyjaśniłem głosem przyciszonym, ale z naciskiem, że przywykłem do tego rodzaju postępowania, albowiem uważam wszystkich ludzi za dobrych. Ile razy ktoś mi proponuje pokwitowanie czy umowę, potrząsam głową i mówię: „Nie, dziękuję!”. Świadczę się Bogiem, że tak jest.