Ale przekupka nie rozumiała jeszcze.

Jąłem się innych środków, zacząłem mówić ostro i zastrzegłem się przed głupstwami. Spytałem, czy nikt w ten sposób nie dał jej dotąd zaliczki.

— Mam na myśli — rzekłem — ludzi zamożnych, na przykład konsulów... nie... nigdy? Nie moja wina, że tego rodzaju postępowanie jest pani obce. Za granicą zawsze się tak robi. Pewnie nie przekroczyła pani nigdy granic państwa. Nie? A otóż to właśnie! Dlatego nie może pani zabierać głosu w tej sprawie... — mówiąc to, wziąłem kilka ciastek ze stołu.

Mruczała ze złości, wzbraniała się wydać mi towar, a nawet wyrwała z ręki ciastka i położyła na miejscu.

Rozgniewany uderzyłem w stół i zagroziłem policją. Zaraz jednak zmiękłem i oświadczyłem tylko, że jeśliby mi nie wydała, co moje, mogę ją zniszczyć całkiem, bowiem dałem jej swego czasu moc pieniędzy, ale nie będę nastawał i zadowolę się połową należności. Poza tym nie przyjdę już powtórnie, nie, broń Boże, nie przyjdę, przekonałem się, jak jest niedobrą kobietą.

Na koniec podsunęła mi kilka ciastek, cztery czy pięć, nałożywszy bezwstydną, jak tylko mogła najwyższą cenę, poleciła mi zabrać je i wynosić się.

Zacząłem się kłócić, twierdząc, że mnie oszukuje co najmniej o koronę, a w dodatku kładzie lichwiarską cenę. Spytałem, czy wie, jaka za to grozi kara.

— Możesz się dostać na całe życie do więzienia, ty stara łupo! — zawołałem.

Rzuciła mi jeszcze jedno ciastko i zgrzytając niemal zębami, poprosiła, by jej już dać spokój.

Odszedłem.