Udawałem przed samym sobą, jakoby nic nie zaszło, starannie wygładziłem kołdrę na łóżku, zacierając ślady postępku. Dopuszczając się tego łajdactwa musiałem być niespełna rozumu i im dłużej nad tym myślałem, tym więcej nabierałem pewności. Był to atak słabości, omdlenia woli i na szczęście skończyło się na niczym. Czując, że to źle, zacząłem od okularów. Cieszyło mnie bardzo, że nie splamiłem ostatnich godzin życia tego rodzaju grzechem.
Ruszyłem z powrotem do miasta.
Siadłszy na ławce pod kościołem Zbawiciela, zwiesiłem głowę i zasnąłem, znużony ostatnim wysiłkiem, chory i na pół martwy z głodu.
Chciałem tu spędzić godzinę, gdyż było tu nieco jaśniej niż w domu, a także, przebywając na świeżym powietrzu, czułem mniejszą duszność w piersiach. Dość było czasu do powrotu.
Walczyłem ze snem i bólem. Wziąłem z ziemi kamyk, potarłem i włożyłem w usta, by mieć coś na języku. Potem nie ruszałem się, nie mrugałem nawet oczyma, a wokół chodzili ludzie, turkotały pojazdy, tętniły kopyta i brzmiały głosy.
Mogłem jeszcze popróbować z guzikami, ale to na nic, zresztą czułem się chory. Mimo wszystko doszedłem do przekonania, że dobrze będzie wstąpić po drodze do lichwiarza, „własnego lichwiarza”, gdyż i tak musiałem iść tamtędy.
W końcu wstałem i ruszyłem chwiejnie ulicą. Paliło mnie czoło ponad brwiami, czułem dreszcze, toteż pospieszałem ile sił. Ponownie ujrzałem piekarnię z bochenkiem chleba w oknie. Postanowiłem nie zatrzymywać się, a jednocześnie błysło mi, że mógłbym wstąpić i poprosić o kawałek chleba. Był to jeno błysk. Pfe! Potrząsnąłem głową i poszedłem, drwiąc z siebie samego. Wiedziałem, że na nic się nie zda prosić w tym sklepie o posiłek.
W pasażu Repslagierskim stała w bramie parka i szeptała. Nieco dalej wyzierała z okna dziewczyna. Szedłem spokojnie, jakby dumając nad czymś, a dziewczyna wyszła na ulicę.
— Cóż słychać z tobą? — spytała. — Czyś chory? Ach, miły Boże, co za twarz! — Dziewczyna cofnęła się pospiesznie.
Stanąłem nagle. Cóż się stało u licha z moją twarzą? Czyż naprawdę zaczynałem już konać? Dotknąłem dłonią policzków. Byłem chudy, w istocie chudy, a policzki moje przypominały parę spodków, obróconych dnami do wewnątrz. Miły Boże! Poszedłem dalej.