Ale niebawem przystanąłem znowu. Musiałem być oczywiście strasznie chudy i mieć zapadłe oczy. Jakże wyglądałem, u diaska? Diabli mnie brali ze złości na myśl, że jeszcze za życia głód mnie tak zohydził. Wściekłość mnie ogarnęła, muskuły zadrżały. „Ach, miły Boże, cóż za twarz!” Jak to? Żyłem tu, mając niepośledni mózg i pięści zdolne do starcia w proch posługacza publicznego, a głodowałem w Chrystianii aż do zohydzenia swojej zewnętrznej postaci! Cóż to? Czyżem nie pracował dzień i noc jak koń dorożkarski, czy nie uczyłem się aż do utraty oczu i pomieszania zmysłów... i cóż, do stu diabłów, przyszło mi z tego? Nawet ulicznice uciekały, nie chcąc na mnie patrzeć! Ano, trzeba zrobić koniec... rozumiesz... koniec... Niech szlag wszystko trafi! Wściekłość moja wzrastała, zgrzytałem zębami z niemocy, płakałem, kląłem i wlokłem się, nie zwracając uwagi na ludzi. Jąłem się znowu dręczyć, uderzałem z rozmysłu czołem o latarnie, wbijałem paznokcie w dłonie, gryzłem szaleńczo język, gdy nie wymawiał wyraźnie słów, i śmiałem się jak wariat, ile razy poczułem ból.

— Ale cóż mam zrobić?! — krzyknąłem w końcu, tupiąc w bruk. — Co mam począć?

Minął mnie jakiś pan i rzekł z uśmiechem:

— Każ się pan zamknąć!

Spojrzałem. Był to słynny w mieście lekarz chorób kobiecych, przezwany „Księciem”. I on nawet nie poznał się na mym stanie, mimo że go ongiś znałem, ściskałem jego dłoń... Zamilkłem. Zamknąć? Tak... miał rację... byłem szalony. Czułem szaleństwo we krwi, uświadomiłem sobie, że opanowało mózg. Taki miał być tedy mój koniec? Ach... tak! Powlokłem się dalej... W ten sposób miałem zejść ze świata...

Zatrzymałem się po chwili.

— Nie, nie zamykać! — zawołałem. — Wszystko, tylko nie to! — Ochrypłem niemal ze strachu. Podniosłem głowę i błagałem: — Nie zamykać... nie, nie! — Musiałbym siedzieć gdzieś, pewnie jak na ratuszu, w celi bez śladu światła. — Nie... nie! Wszakże miałem jeszcze inne wyjście. Postanowiłem gorliwie i wytrwale, bez fałszywej pychy chodzić od domu do domu. Na przykład właściciel składu nut, Eisler... wszakże nie byłem jeszcze u niego. Znajdzie się rada... musi się znaleźć! Tak mówiłem do siebie, idąc i płacząc ze wzruszenia. — Wszystko, tylko nie zamknięcie!!

Eisler? A może to palec opatrzności? Nie darmo wpadło mi jego nazwisko. Mieszkał wprawdzie daleko, ale mimo to postanowiłem iść powoli, odpoczywając. Znałem ten sklep, bywałem tam za szczęśliwych czasów i kupowałem nieraz nuty. Wszakże mogłem go poprosić o pół korony. A może będzie mu przykro, przeto poproszę o całą.

Wszedłem do sklepu i spytałem o szefa, po czym zaprowadzono mnie do biura, gdzie siedział mężczyzna pięknie, modnie ubrany i przeglądał papiery.

Wybąknąłem przeproszenie i przedłożyłem prośbę. Zmuszony jestem zwrócić się doń... nie potrwa długo, a zwrócę... gdy tylko dostanę honorarium za artykuły... uczyniłby mi wielką przysługę...