Nim skończyłem, zwrócił się do pulpitu, potem zaś spojrzał z ukosa, potrząsnął piękną głową i rzekł:

— Nie! — nie dodał poza tym ani słowa.

Nogi ugięły się pode mną, tak że musiałem chwycić brzeg małej politurowanej szafki, by nie upaść. Należało spróbować jeszcze raz. Dlaczego przyszło mi na myśl właśnie jego nazwisko tam daleko, pod redakcją „Ojczyzny”? Szarpnęło mnie kilka razy w lewym boku, pot wystąpił... Odchrząknąłem i powiedziałem, że w istocie źle mi się powodzi, jestem trochę chory, ale mimo to za kilka dni zwrócę niezawodnie pieniądze... Ponowiłem prośbę.

— Drogi panie — rzekł — czemuż pan przychodzi akurat do mnie? Jest mi pan zupełnym X wprost z ulicy. Niech się pan uda raczej do redakcji, gdzie pana znają.

— Tylko na dziś... na ten wieczór... — powiedziałem. — Redakcja zamknięta, a ja jestem bardzo głodny.

Potrząsnął głową i trząsł nią jeszcze w chwili, kiedy ujmowałem klamkę.

— Żegnam pana! — powiedziałem.

— Więc nie był to palec opatrzności — powiedziałem do siebie z goryczą — tylko mój własny koncept...

Wlokłem się z jednej dzielnicy do drugiej, odpoczywając tu i ówdzie na schodach. — Ach, żeby mnie tylko nie zamknięto! — Wspomnienie celi ścigało mnie przeraźliwie, nie dając chwili spokoju. Ile razy zobaczyłem policjanta, zbaczałem w najbliższą ulicę, by uniknąć spotkania. — Teraz odliczmy sto kroków — powiedziałem sobie — i spróbujmy szczęścia... Musi się przecież udać.

Był to mały sklepik z bielizną, nieznany mi zupełnie. Za ladą stał jeden tylko człowiek, w głębi widniało biurko, nad nim napis na porcelanie, a wokół półki obładowane towarem. Zaczekam, aż wyjdzie ostatni klient, młoda roześmiana dama z dołeczkami na buzi. O, jakże musiała być szczęśliwa! Mając surdut zapięty szpilką, nie chciałem zwracać na siebie uwagi, ale odwróciłem się.