— Ani mi się śni! — burknął, a potem dodał: — Dość mam tego... żegnam pana!

Wyśliznąłem się na ulicę chory z głodu i czerwony ze wstydu. Gdzież koniec nędzy? Zaiste, stoczyłem się już zbyt nisko. Trzymałem się przez całe lata na powierzchni, przetrwałem niejedną trudną chwilę, a teraz oto jestem brutalnym, natrętnym żebrakiem. Ten jeden dzień poniżył od razu wszystkie moje myśli, zbezcześcił mi bezwstydem duszę. Nie zawahałem się korzyć przed kramikarzem i płakać. I cóż mi z tego przyszło? Wszakże mimo to nie miałem kawałka chleba, zyskałem jeno wstręt do samego siebie. Tak... należało skończyć ze wszystkim! Niedługo zamkną bramę domu, przeto musiałem spieszyć, by znowu jak ubiegłej nocy nie spać w celi ratusza...

To mi dodało sił, pod żadnym warunkiem nie chciałem się znaleźć w ratuszu. Kolana uginały się pode mną, ręką przyciskałem lewy bok, by stłumić trochę ból, i słaniałem się dalej, utkwiwszy oczy w chodnik, by uniknąć pozdrawiania znajomych. Tak dotarłem do strażnicy pożarnej. Była dopiero siódma na kościele Zbawiciela, przeto miałem jeszcze trzy godziny do zamknięcia bramy. Jakże niepotrzebnie się trwożyłem!

Niczego tedy nie zaniedbałem, uczyniłem, co było w mojej mocy, a mimo to przez cały dzień nie poszczęściło mi się ani razu. Gdybym to komuś opowiedział, nie uwierzyłby, gdybym napisał, posądzono by mnie o łgarstwo. Nic a nic! Nie było tedy rady. Przede wszystkim nie należy się teraz rozczulać. Pfe! To wstrętne... zaręczam... że mam wstręt do siebie!... Zgasła ostatnia nadzieja... Choć... może mógłbym w stajni skraść garstkę owsa? Był to błysk jeno, wiedziałem bowiem, że stajnia zamknięta.

Zniosłem i to spokojnie i wlokłem się dalej ślimaczym krokiem w stronę domu. Po raz pierwszy w ciągu dnia uczułem pragnienie i obejrzałem się za wodą. Ale zbyt znacznie oddaliłem się od bazaru, a do prywatnego domu nie śmiałem wstąpić. I tak za kwadrans będę u siebie — pomyślałem — a przy tym nie wiadomo, czy nie zwymiotuję wody. Mój żołądek nie znosił już niczego, nawet ślina wywoływała kurcze.

Ach prawda... guziki! Nie próbowałem sprzedać guzików. Stanąłem i uśmiechnąłem się. Może była jeszcze nadzieja. Nie zostałem definitywnie skazany na zagładę! Dostanę na pewno dziesięć öre, jutro zdobędę jakoś jeszcze dziesięć, a w czwartek otrzymam może honorarium za artykuł. Przetrzymam... jakoś to będzie! Dobyłem guziki z kieszeni i idąc, oglądałem je, w oczach pociemniało mi z radości i nie widziałem już wcale ulicy.

O, jakże dobrze znałem lokalnego lichwiarza, mego krwiożerczego przyjaciela! Wszystko, com posiadał, ulubione drobiazgi, pamiątki, ostatnia książka, wszystko przeszło w jego ręce. Często w dniach aukcji zachodziłem do niego i radowałem się, gdy moje książki kupowali ludzie sympatyczni. Aktor Mogelsen kupił mój zegarek i z tego byłem niemal dumny. Kalendarz, wskazujący daty całego roku, z moim pierwszym wierszem, stał się własnością pewnego znajomego, zaś płaszcz utknął w pracowni fotografa i figurował na zdjęciach. Nie mogłem nic tym faktom zarzucić.

Wszedłem, dzierżąc w dłoni guziki. Lichwiarz siedział przy biurku i pisał.

— Zaczekam! — powiedziałem, nie chcąc mu przeszkadzać i wywoływać niezadowolenia. Słowa me brzmiały tak głucho, żem ich niemal nie poznał po dźwięku, a serce biło młotem.

Podszedł jak zawsze uśmiechnięty, oparł dłonie na ladzie i wlepił oczy w mą twarz, nic nie mówiąc.