— Idź pan, idź już, na miły Bóg! — zawołał, czyniąc odmowny gest.

— Tak... tak... nie ma rady! — powiedziałem sam do siebie, wdziałem bezwiednie okulary, zabrałem guziki i wyszedłem, powiedziawszy: „Dobranoc!” i zamknąwszy za sobą jak zawsze drzwi. Nie było tedy rady! Stojąc w klatce schodowej, spojrzałem jeszcze raz na guziki i mruknąłem: — Dziwne, że nie chciał ich wziąć! — Nie mogłem tego zrozumieć!

Stałem zatopiony w myślach, gdy nagle ktoś przebiegł koło mnie, potrącając mnie z lekka. Przeprosiliśmy się nawzajem i spojrzeliśmy na siebie.

— A, to ty? — spytał nagle, poznając mnie i zawracając. — Jakże strasznie wyglądasz! Coś tam robił?

— Miałem różne sprawy... I ty udajesz się, jak widzę, do starego.

— Tak. Coś mu przyniósł?

Zadrżały pode mną kolana, obróciłem się do ściany i wyciągnąłem poza siebie dłoń z guzikami.

— Cóż to, u licha! — zawołał. — Ach, widzę, że doszło do ostateczności!

— Bądź zdrów... — powiedziałem, chcąc odejść, bo łkanie rozdzierało mi piersi.

— Zaczekaj chwilę! — powiedział.