Na cóż miałem czekać? Wszakże sam niósł coś do zastawu... może pierścionek zaręczynowy... może głodował od kilku dni... lub był winien gospodyni czynsz?...
— Dobrze... zaczekam, o ile się prędko załatwisz.
— Naturalnie! — powiedział, ujmując mnie za ramię. — Tylko nie ufam ci, jesteś idiota, przeto musisz iść razem ze mną.
Domyśliłem się, co chce uczynić, uczułem dumę i wstyd i powiedziałem:
— Nie mogę. Przyrzekłem być o wpół do ósmej przy Bernt-Ankerstraede.
— O wpół do ósmej? Teraz jest już ósma. Oto zegarek, który ma powędrować do zastawu... Marsz, głodomorze... prędzej... dostaniesz pięć koron!
Pchnął mnie przed sobą.
Rozdział trzeci
Minął tydzień spędzony w radości i dosycie.
I tym razem uniknąłem jakoś ostateczności. Codziennie jadałem, nabierałem odwagi i czyniłem rozliczne kroki celem zabezpieczenia przyszłości. Zacząłem trzy czy cztery rozprawy, w które włożyłem wszystko, na co mógł się zdobyć mój biedny mózg, i zauważyłem, że praca idzie mi lepiej niż poprzednio. Ostatni artykuł, za którym się tyle nabiegałem, został zwrócony przez redaktora i zniszczyłem go, zły, obrażony, nie przeczytawszy nawet. Umyśliłem zwracać się w przyszłości do innych pism, by stworzyć sobie większe możliwości powodzenia. W najgorszym razie pozostawały jeszcze okręty. W porcie stała gotowa do drogi „Zakonnica” i byłem pewny, że w zamian za pracę weźmie mnie ze sobą choćby do Archangielska lub licho wie dokąd. Otwierało się tedy niejedno pole.