Ostatnie przejścia podcięły mnie srodze. Włosy wypadały mi garściami, bolała mnie głowa, zwłaszcza rankiem, a nerwowość nie opuszczała ani na chwilę. Przez cały dzień pisałem, owijając chustkami ręce, gdyż nie mogłem znieść na nich własnego oddechu. Kłuło mnie niby zimnymi szpilkami w krzyżach i nogach, gdy parobek na dole trzasnął drzwiami lub pies zaszczekał w podwórzu. Czułem się bardzo licho.
Mozoliłem się nad robotą przez cały dzień, zaledwie podczas jedzenia przestawałem pracować, toteż w tym czasie powódź zapisanych kartek zalewała łóżko i mój mały chwiejący się stolik. Wplatałem nowe pomysły, jakie mi przychodziły, kreśliłem, ożywiałem martwe punkty tu i ówdzie barwnym słowem i przemykałem się z trudem od zdania do zdania. Pewnego popołudnia skończyłem nareszcie jeden artykuł, zadowolony wetknąłem go w kieszeń i udałem się do tak zwanego „Komandora”. Był już czas najwyższy wystarać się o pieniądze, gdyż miałem jeno kilka öre majątku.
„Komandor” poprosił, bym usiadł i zaczekał... za moment będzie mi służył. Powiedziawszy to, pisał dalej.
Rozejrzałem się po niewielkim gabinecie. Wszędzie było pełno biustów43, litografii44, wycinków, a obok biurka stał olbrzymi kosz, zdolny połknąć człowieka. Posmutniałem na widok tej olbrzymiej, wieczyście rozwartej paszczy smoczej, łaknącej coraz to nowych rękopisów, sycącej się pogasłymi nadziejami.
— Którego dziś mamy? — spytał nagle „Komandor” od biurka.
— Dwudziesty ósmy! — odrzekłem rad, że mogę mu się przysłużyć.
Pisał dalej, wreszcie włożył kilka listów w koperty, rzucił kilka papierów do kosza i odłożył pióro. Potem okręcił się w obracanym fotelu i spojrzał na mnie. Zauważywszy, że stoję przy drzwiach, wskazał na krzesło gestem poważnym i żartobliwym jednocześnie.
Odwróciłem się, dobywając rękopis, by nie zauważył, że brak mi kamizelki.
Wręczając artykuł powiedziałem, że jest to popularna charakterystyka Corregia45, niestety, nieposiadająca takich zalet, by...
Wziął rękopis i zaczął przebiegać oczyma kartki, ja zaś patrzyłem na jego zwróconą ku mnie twarz.