Tak więc wyglądał z bliska człowiek, którego nazwisko słyszałem już w najmłodszych latach, a którego pismo wywarło na mnie znaczny wpływ. Miał faliste włosy, piękne, ciemne, trochę niespokojne oczy i z nawyku dmuchał raz po raz przez nos. Pastor szkocki nie mógł łagodniej wyglądać od tego niebezpiecznego człowieka i pisarza, którego słowa, gdziekolwiek padły, zostawiały po sobie krwawe pręgi. Uczułem wobec niego strach i podziw, oczy napełniły mi się łzami i bezwiednie przysunąłem się trochę, by go zapewnić o mym szacunku, uznaniu dla tego, czego mnie nauczył, oraz prosić, by mi nie czynił krzywdy. Chciałem wyznać, że jestem tylko nędznym partaczem, któremu jednak bardzo źle się powodzi na świecie.

Podniósł głowę, złożył rękopis i zamyślił się. Chcąc mu ułatwić odmowną odpowiedź, wyciągnąłem rękę i rzekłem:

— Nie nadaje się, oczywiście... — mówiąc to, uśmiechnąłem się na znak, że biorę rzecz lekko.

— Zamieszczamy jeno rzeczy całkiem popularne — powiedział. — Wie pan dobrze, jaką mamy publiczność. Radzę, niech pan to weźmie ze sobą i uprości albo obmyśli coś, co ludzie łatwiej zrozumieją.

Wyrozumiałość jego zdumiała mnie. Wiedziałem, że artykułu nie chce, ale nie sposób było znaleźć grzeczniejszej formy odmowy. Nie chcąc go dłużej nużyć, odparłem:

— I owszem... i owszem...

Podszedłem do drzwi, przeprosiwszy, żem mu czas zabierał. Skłoniłem się i ująłem klamkę.

— Jeśli pan potrzebuje czegoś — rzekł — to mogę dać zaliczkę, potem się odtrąci ową kwotę.

Wiedział, że nie nadaję się do pisania, przeto oferta jego upokorzyła mnie trochę. Odparłem więc:

— O nie, dziękuję, starczy mi jeszcze na jakiś czas. Bardzo dziękuję za pańską łaskawość. Żegnam uprzejmie!