— Do widzenia! — powiedział, zwracając się zaraz do biurka.

Bez zasługi z mej strony przyjął mnie nader życzliwie, byłem mu za to wdzięczny oraz oceniłem jak należy jego postąpienie. Zarazem jednak postanowiłem nie pokazywać mu się już na oczy, zanim nie dokonam czegoś, co mnie samego zadowoli, a „Komandora” wprawi w takie zdumienie, że mi bez namysłu wyasygnuje dziesięć koron. Wróciłem do domu i jąłem pisać z wielkim zapałem.

W ciągu następnych dni około ósmej, gdy zapalano na ulicy gaz, przydarzała mi się systematycznie rzecz następująca.

Wychodziłem z domu, chcąc zażyć przechadzki po trudach i mozołach dnia, i zastawałem tuż pod bramą, przy latarni, czarno ubraną damę, która zwracała ku mnie twarz i odprowadzała mnie oczyma. Spostrzegłem, że ma zawsze tę samą suknię, twarz osłonioną tym samym gęstym woalem, a w ręku trzyma parasolkę o rączce ze słoniowej kości.

Tak było przez trzy wieczory. Gdym ją minął, obracała się z wolna i odchodziła w stronę przeciwną.

Zdenerwowany i przeczulony wyobrażałem sobie, że czeka tu właśnie na mnie. Miałem chętkę zagadnąć ją i spytać wprost, kogo szuka, czy czego potrzebuje, czy ją mogę odprowadzić do domu, by nie była narażona na zaczepki, i w ogóle otoczyć opieką. Ale jej uboga odzież napełniła mnie niejasną obawą, że może by to coś kosztowało, że trzeba by postawić szklankę wina albo zapłacić dorożkę, a nie miałem pieniędzy. Beznadziejna pustka w kieszeni przygnębiała mnie niewymownie. Nie śmiałem nawet rzucić jej w przelocie badawczego spojrzenia.

Znowu nastał głód i od zeszłego wieczora nie miałem nic w ustach. Nie było to, co prawda, długo, bo przedtem nieraz zdarzały się dłuższe posty, ale czułem, że po dawnych przejściach nie sposób mi już tak wytrwale głodować, a jeden dzień mógł mnie powalić. Wymiotowałem, ile razy napiłem się wody. W dodatku marzłem po nocach, leżąc ubrany jak za dnia, tak że rankiem byłem siny z zimna. Krzepłem po prostu podczas snu, bo stara kołdra nie mogła powstrzymać przeciągu, i budziłem się rano z nosem napuchłym od szronu, który dostawał się szparami ścian.

Szedłem ulicami, dumając, w jaki sposób utrzymać się na powierzchni aż do skończenia następnego artykułu. Żałowałem, że nie posiadam świecy, by pisać w nocy, bo starczyłoby przy pewnym rozmachu kilka godzin, by dobić do końca. Jutro mógłbym iść do „Komandora”.

Niewiele myśląc, udałem się do kawiarni „Oplandske” celem pożyczenia od mego bankowca dziesięciu öre na świecę. Nie wzbroniono mi przejść przez wszystkie sale. Minąłem mnóstwo stolików obsiadłych przez jedzących, pijących i paplających ludzi, dotarłem aż do czerwonego gabinetu, ale nigdzie nie znalazłem osoby poszukiwanej. Zły i zniechęcony wyszedłem na ulicę i zwróciłem się w stronę zamku.

Kiedyż, u licha, skończą się te przeciwności? Wściekły, szedłem wielkimi krokami, podniósłszy brutalnie kołnierz surduta, wcisnąwszy pięści w kieszenie spodni i wyklinałem mą złą gwiazdę. Od siedmiu czy ośmiu miesięcy nie miałem godziny prawdziwego spokoju, przez tydzień dostatecznego jadła, a i teraz znowu nędza powaliła mnie na łopatki. A przy tej całej niedoli byłem czynny i pozostałem uczciwy... he... he... uczciwy do głupoty po prostu. Powtórzyłem sobie, jak to doznałem wyrzutów sumienia z powodu niedoszłego zastawienia kołdry Hansa Pauli. Roześmiałem się szyderczo, wspomniawszy swoją skrupulatną zacność, splunąłem i nie mogłem znaleźć słowa dość silnego na wyzwiska pod własnym adresem. Niechby dzisiaj zdarzyło się coś! Gdybym znalazł na ulicy skarbonkę z oszczędnościami uczennicy lub ostatniego öre biednej wdowy, przywłaszczyłbym sobie te pieniądze, skradłbym je bez wahania i spałbym potem przez całą noc kamieniem. Nie na darmo tylem się nacierpiał. Wyczerpałem do cna cierpliwość i byłem teraz gotowy na wszystko!