Obszedłem zamek kilka razy, postanowiłem wracać, zboczyłem jeszcze na chwilę do parku i skierowałem się w końcu na ulicę Karola Jana.
Dochodziła jedenasta. Po ciemnej niemal ulicy snuli się ludzie, ciche pary i gwarne grupy. Wybiła wielka godzina chuci, kiedy dzieje się tyle rzeczy dziwnych i rozpoczyna się tyle wesołych awantur. Wszędzie szeleściły spódnice dziewcząt, rozbrzmiewały krótkie, zmysłowe śmiechy, falowały piersi i dyszały ciężkie oddechy. Tuż koło „Grandu” ktoś krzyknął: „Emma!”. Ulica przypominała bagnisko, z którego wznosił się gorący opar.
Bezwiednie przeszukałem kieszenie, by znaleźć dwie korony. Namiętność drgająca w każdym kroku przechodniów, mdłe światło latarń, cisza brzemiennej rozkoszą nocy — wszystko razem porwało mnie. Zatonąłem w fali szeptów, objęć, jękliwych wyznań, urywanych słów i westchnień. Dwa koty, wrzeszcząc, odbywały gody w bramie Blomquista. A ja nie miałem marnych dwu koron! Prawdziwa rozpacz i hańba zbiednieć do tego stopnia. Cóż za upokorzenie i poniżenie!
Przyszło mi znowu na myśl, że byłbym gotów skraść ostatni grosz wdowy, czapkę czy chustkę studenta, torbę żebraka, że zaniósłbym to do łachmaniarza i w jednej chwili puścił uzyskane pieniądze. Zacząłem dla pocieszenia się wynajdywać w otaczających mnie rozbawionych ludziach najróżniejsze błędy i wady. Wzruszając złośliwie ramionami, śledziłem parę za parą. Dziwiłem się naiwnemu, zadowolonemu byle czym studentowi, który klepiąc po udach szwaczkę, uważa się za rozpustnika europejskiej miary. Spoglądałem ze wstrętem na elegantów, bankowców, wielkich przemysłowców i lwów bulwarowych. Nie pogardzali niczym, nawet żonami żeglarzy i grubymi babami z Kutorvu46, które oddają się w pierwszej lepszej bramie za kufel piwa... Piękne zaprawdę syreny! Miejsce obok nich było jeszcze ciepłe od minionej nocy, spędzonej ze strażakiem czy parobkiem stajennym, a tron miłości dostępny wszystkim w każdej chwili... miejsce wolne... proszę... proszę... wchodźcie, panowie.
Plułem na chodnik, nie bacząc, czy kogoś trafiam, pełen odrazy do tych oto ludzi, co tarli się o siebie i łączyli ze sobą na mych oczach. Podniosłem głowę z dumą, rad, że mogę stąpać czystymi ścieżkami życia.
Na placu Stortingu spotkałem dziewczynę, która wybałuszyła na mnie oczy, gdym ją mijał.
— Dobry wieczór! — powiedziałem.
— Dobry wieczór! — odrzekła.
Zdziwiłem się, że tak późno spaceruje, i spytałem, czy nie jest to trochę niebezpieczne dla młodej damy znajdować się o tej porze na ulicy Karola Jana. Ach, nie! Czy nikt jej nie zaczepił, nie napastował, nie prosił wprost, by z nim poszła do domu?
Patrzyła zdziwiona i badała, co mam na myśli. Po chwili wsunęła mi rękę pod pachę i powiedziała: