— Nie! — powiedziała. — Czy jest tam co ciekawego?

Przeraziłem się, że może zechce pójść. Nie śmiałem wchodzić w światło, w tłum ludzi. Licha odzież, moja chuda i od dwu dni niemyta twarz spłoszyłyby ją, zażenowały, zauważyłaby też pewnie, że nie posiadam kamizelki.

— O, nie — zaprzeczyłem — nie ma tam nic ciekawego! — Wpadło mi do głowy kilka szczęśliwych zwrotów, pokutujących dotąd w mym wyssanym mózgu. — Cóż można widzieć w tak małej menażerii? Zresztą nie interesują mnie zwierzęta w klatce. Wiedzą one dobrze, że patrzą na nie tysiące oczu ludzkich, i to na nie oddziaływa. Wolę duże zwierzęta, niewiedzące o tym, owe płochliwe istoty, które przemykają ku legowiskom lub patrzą zaspanymi, zielonymi oczyma, liżą łapy i dumają... nieprawdaż?

Przyznała mi rację.

— Jeno dzikość i groza zwierzęcia może ciekawić. Bezgłośnym krokiem idzie wśród ciemnej, ponurej nocy przez szumiący, niesamowity las, gdzie pokrzykują przelatujące ptaki, gdzie się unosi zapach krwi, wyje wicher, grzmi w powietrzu, słowem, gdzie duch dzikiego zwierza unosi się nad dzikim zwierzem... poezja tajemniczości...

Urwałem, nie chcąc jej nużyć, przy tym zaś porwała mnie i zgnębiła świadomość nędzy. Ach, cieszyłby mnie wieczór w Tivoli, gdybym był lepiej ubrany! Nie wiedziałem, jak może sprawiać tej dziewczynie przyjemność wędrówka po ulicy Karola Jana z półnagim nędzarzem. Jakiż miała, na miłość boską, cel? I po cóż ja też szedłem obok niej, krygując się i śmiejąc głupkowato bez przyczyny? Z jakiegoż rozsądnego powodu dałem się skusić temu jedwabistemu motylowi do idiotycznego spaceru po nocy? Nie czyniłem tego bez wysiłku! Za każdym podmuchem mroźnego wiatru czułem śmierć przenikającą do piersi. W mózgu mym tliło już szaleństwo wywołane głodowaniem po całych miesiącach. Ponadto zaś przeszkadzała mi wrócić do domu i napić się odrobinę mleka, co mogłoby mnie jeszcze utrzymać przy życiu. Czemuż nie obróciła się do mnie plecami i nie odprawiła do kroćset diabłów?

Popadłem w rozpacz i rzekłem doprowadzony do ostateczności:

— Pani nie powinna chodzić ze mną! Wstyd pani robię wobec ludzi samym już moim ubraniem! To jest rzecz oczywista!

Drgnęła. Spojrzała szybko i zamilkła. Po chwili rzekła:

— Miły Boże! — Nie dodała ani słowa.