— Co pani ma na myśli? — spytałem.
— O... proszę tak nie mówić!... Już zresztą niedaleko! — przyspieszyła kroku.
Zboczyliśmy w ulicę Uniwersytecką i ujrzeliśmy światła placu św. Olafa. Znowu zaczęła iść wolniej.
— Nie chcę być niedyskretny — zacząłem znowu — ale rad bym przed rozstaniem dowiedzieć się pani imienia. Także proszę o zdjęcie na chwilę welonu, bym panią zobaczył. Będę wdzięczny...
Nastała pauza. Czekałem.
— Widział mnie pan już... — odparła.
— Ylajali! — powtórzyłem.
— Przez pół dnia ścigał mnie pan aż do samego domu. Czy pan był wówczas pijany? — Znów śmiech zabrzmiał w jej głosie.
— Tak — odparłem — byłem, niestety, pijany.
— To szkaradnie!