Pełen skruchy przyznałem jej rację.

Doszliśmy do fontanny, przystanęliśmy i podnieśliśmy oczy ku licznym oświetlonym oknom domu pod numerem 2.

— Nie może pan iść dalej! — powiedziała. — Dziękuję za odprowadzenie!

Stałem z pochyloną głową, nie śmiąc się odezwać, zdjąłem kapelusz i dumałem, czy mi poda rękę.

— Czemu mnie pan nie prosi, bym pana odprowadziła kawałek? — spytała żartobliwie, spoglądając jednak na końce bucików.

— Ach, gdybyż to pani uczyniła! — zawołałem.

— Dobrze, ale tylko mały kawałeczek.

Zawróciliśmy.

Byłem zmieszany, nie wiedziałem, co robić, ta dziewczyna przewróciła cały mój sposób myślenia. Byłem porwany, wesoły, jakbym konał ze szczęścia. Chciała wracać ze mną i nie był to mój koncept, ale jej własne życzenie! Patrzyłem na nią coraz śmielej, czując, jak mnie zachęca i pociąga ku sobie. Zapomniałem o nędzy, o mojej bezwartościowej osobie, uczułem gorącą krew w żyłach jak ongiś, przed upadkiem, i umyśliłem użyć fortelu.

— Muszę się przyznać, że to nie panią ścigałem wówczas, ale pani siostrę! — powiedziałem po chwili.