— Nie pójdziemy dalej! — zawróciliśmy tedy z powrotem w ulicę Uniwersytecką. Dochodząc do fontanny, zwolniła ponownie kroku. Wiedziałem, że mi nie wolno iść dalej.
— Musi pan wracać! — powiedziała, zatrzymując się.
— Tak, to prawda! — odparłem.
Ale zaraz przyszło jej na myśl, że mogę dojść do bramy. Przecież nie byłoby w tym nic złego... prawda?
— Nic a nic! — powiedziałem.
Gdyśmy dotarli do bramy, odczułem ponownie całą moją nędzę. Skądże miałem zaczerpnąć odwagi będąc tak przygnębiony? Stałem przed młodą kobietą brudny, obszarpany, zeszpecony głodem, nieumyty, na pół nagi... Ach, rad bym był zapaść się pod ziemię! Skuliłem się, zrobiłem się mały i spytałem:
— Nigdy się już pewnie nie spotkamy?
Nie miałem nadziei, pragnąłem niemal usłyszeć twarde „nie!”, które by mnie otrzeźwiło i uczyniło obojętnym.
— Dlaczegóż by nie? — powiedziała.
— Kiedy?