— O, nie!...

Naraz uczyniła gest zdecydowany i zarzuciła welon na czoło. Staliśmy przez sekundę patrząc na siebie.

— Ylajali! — zawołałem.

Uniosła się na palcach, zarzuciła mi ramiona na szyję i pocałowała w same usta. Czułem, jak piersi jej falują, jak ciężko dyszy.

Natychmiast jednak wyśliznęła się z mych objęć, szepnęła bez tchu „dobranoc”, obróciła się i nie mówiąc już nic, wbiegła po schodach na górę...

Brama zapadła.

*

Nazajutrz padał obfity śnieg zmieszany z deszczem i sinawe płaty rozpływały się w błoto. Powietrze było ostre, lodowate.

Zbudziłem się późno z głową oszołomioną przeżyciami, a sercem rozradowanym uroczym spotkaniem. Rozmarzony leżałem przez chwilę, nie śpiąc i wyobrażając sobie koło siebie Ylajali, rozwarłem ramiona, objąłem sam siebie i całowałem powietrze. Po chwili wstałem, wypiłem filiżankę mleka, potem zjadłem befsztyk. Nie byłem głodny, tylko nerwy miałem jeszcze silnie podrażnione.

Udałem się do bazaru, sądząc, że znajdę za tanią cenę używaną kamizelkę, by mieć coś pod surdutem, wszystko jedno co. Znalazłem w istocie kamizelkę i zacząłem ją oglądać. Podczas tego zajęcia nadszedł znajomy i odwołał mnie, więc zostawiłem kamizelkę i podszedłem do niego. Był to pewien technik, udawał się do biura.