— Chodźmy na szklankę piwa! — powiedział. — Ale prędko, mam mało czasu. Któż to jest owa dama, z którą pan spacerował wczoraj wieczorem?

— Ani słowa! — zawołałem zazdrosny o samą jego myśl. — A gdyby to była moja narzeczona?

— Aj, do licha! — wykrzyknął.

— Tak. Wczoraj właśnie wszystko zostało rozstrzygnięte.

Zaszpuntowałem48 go tym. Uwierzył bezwzględnie. Nałgałem co wlezie, by się go pozbyć. Przyniesiono piwo, wypiliśmy i wyszliśmy.

— Do widzenia! — rzekł na pożegnanie. — Jestem panu winien z dawna kilka koron i wstyd mi doprawdy, że dotąd nie zwróciłem. Ale niedługo oddam... słowo!

— Dobrze, dziękuję! — powiedziałem pewny, że nie zobaczę tych pieniędzy.

Piwo uderzyło mi, niestety, do głowy i uczułem, że mi bardzo gorąco. Na wspomnienie wydarzeń wieczornych doznałem zawrotu głowy. A gdyby się nie zjawiła we wtorek? Wszakże mogła rzecz rozważyć i powziąć nieufność! Nieufność... co do czego?

Moje myśli ożyły nagle i wróciły do sprawy pieniędzy. Przeraziłem się śmiertelnie samego siebie. Kradzież stanęła mi w oczach z wszystkimi szczegółami, ujrzałem mały kramik, ladę, własną wychudłą rękę, sięgającą po monety, a także wyobraziłem sobie, że policja przybywa po mnie. Kajdany na rękach i nogach... nie, tylko na rękach, może nawet tylko na jednej ręce, balaski, protokół u komisarza dyżurnego, skrzyp pióra po papierze... przenikliwe, złowrogie spojrzenie... No, panie Tangen?... Potem cela wieczyście ciemna...

— Hm!... — zacisnąłem pięści, by sobie dodać odwagi, przyspieszyłem kroku, dotarłem do Stortorwu i spocząłem.