Tylko bez głupstw żakowskich49! Jakże, u licha, można dowieść, że popełniłem kradzież? Poza tym subiekt nie mógł wszcząć alarmu, choćby sobie nawet przypomniał, jak się to wszystko odbyło. Nie chciałby przecież narażać swego miejsca w sklepie. A więc nie robić hałasu... nie rozpoczynać żadnych scen! Niestety, ciążyły mi trochę te pieniądze w kieszeni i nie dawały spokoju. Zacząłem im dumać i doszedłem do przekonania, że dawniej, za czasów uczciwości i cierpienia, byłem szczęśliwszy. A Ylajali? Wszakże i ją ściągnąłem zbrodniczymi rękami w błoto! Miły Boże... Ylajali!...
Pijany byłem jak bela, wstałem nagle, podszedłem do handlarki ciastek koło apteki „Pod Słoniem” i postanowiłem oczyścić się z hańby. Nie było jeszcze za późno, cały świat miał się dowiedzieć, że jestem zdolny do tego czynu! Idąc, trzymałem pieniądze do ostatniego öre w pogotowiu, gdym stanął blisko, pochyliłem się nad stołem, niby chcąc coś kupić, i szybkim ruchem wetknąłem jej monety w dłoń. Nie rzekłem ani słowa i odszedłem co prędzej.
Jakże przedziwnie miła jest świadomość uczciwości! Pusta kieszeń nie ciążyła mi już i radowałem się znowu zupełną golizną. W gruncie rzeczy te pieniądze przysporzyły mi dużo tajnych trosk. Raz po raz myślałem o nich z drżeniem, nie byłem bowiem człowiekiem zatwardziałym. Teraz, Bogu dzięki, zrehabilitowałem się we własnym sumieniu. Niech to zrobi ktoś drugi! — Tak — zawołałem, spoglądając dumnie po rojnym placu targowym. — Niech to ktoś drugi zrobi! — Uradowałem co się zowie biedną starą przekupkę, aż otwarła gębę, nie wiedząc, co myśleć. Dzisiejszego wieczoru dzieci jej nie pójdą na czczo spać. Rozkoszowałem się mym czynem i uznałem, żem postąpił doskonale. Dzięki Bogu, pozbyłem się tych pieniędzy.
Pijany i podniecony szedłem ulicą. Radość, że spojrzę uczciwie w oczy Ylajali, ponosiła mnie i nie czułem żadnego bólu. Głowa moja była jasna, pusta, jakby zrobiona ze szczerej światłości, tkwiącej i błyszczącej na mych ramionach. Naszła mnie chętka robienia głupstw, dokonywania przedziwnych czynów, chciałem przewrócić miasto do góry nogami i wszcząć alarm. Idąc ulicą Graensenstraede, zachowywałem się jak szaleniec. Szumiało mi z lekka w uszach, a w mózgu hulało pijaństwo.
Uniesiony głupkowatą bezczelnością zawiadomiłem jakiegoś posługacza, który się do mnie zresztą nie odezwał słowem, ile mam lat, potem zaś uścisnąłem mu dłoń, spojrzałem przenikliwie w oczy i odszedłem bez żadnego objaśnienia. Odróżniałem dobrze odcienie w głosach śmiejących się przechodniów, obserwowałem ptaki skaczące po bruku, studiowałem flizy50 chodnika odnajdując w nich dziwne rysunki i figury i bawiąc się w ten sposób, dotarłem do placu Stortingu.
Tu przystanąłem nagle i zapatrzyłem się na dorożki. Woźnice spacerowali rozmawiając z sobą, zaś konie pochylały się pod wiatr i śnieg, chcąc stawić im czoło. — Chodź! — Tak powiedziałem do siebie, trącając się w bok. Podszedłem szybko do pierwszej z brzegu dorożki, krzyknąłem głośno: — Ullevaalstraede 37! — i niebawem ruszyliśmy z miejsca.
W drodze dorożkarz zaczął spozierać poza siebie, pochylać się i zaglądać do powozu, gdzie siedziałem nakryty fartuchem. Czyżby powziął podejrzenie? Zapewne dziwiła go moja nędzna odzież.
— Muszę się z kimś widzieć! — zawołałem, uprzedzając go, i gorąco zapewniłem, że jest to sprawa nader ważna. Stanęliśmy przed numerem 37. Wyskoczyłem, wbiegłem na schody, aż na trzecie piętro, i schwyciłem za dzwonek, który zagrzmiał straszliwie sześć czy siedem razy.
Zjawiła się służąca i otwarła. Zauważyłem, że ma okrągłe kolczyki w uszach oraz czarne połyskliwe guziki przy szarej sukni. Patrzyła na mnie z przerażeniem.
Spytałem o Kierulfa, Joachima Kierulfa, handlarza wełny... słowem, Kierulfa, co do którego pomylić się nie sposób...