Teraz pani Heksenszus z lekkością rzuconego połcia słoniny podniosła się z podłogi i rzekła:

— Pan jest człowiek zasad, wiedziałam; takie słowa mogą pisać tylko ludzie z zasadami. Panie, jestem wdowa, a mój mąż był królewskim nadwornym wypychaczem ptaków.

— Jam jest Porfirion Osiełek false Hilarion Gaff, fabrykant sztucznych nosów i noktambulik — zaśpiewał Osiełek i uniósł się na palcach dla dodania sobie majestatu.

Piękna to była scena. Stali naprzeciw siebie Osiełek i Heksenszus: on, dostojeństwa pełen, jaśniejący bohaterstwem dokonanego czynu, okrągły, wyniosły, dworsko wachlujący się zielonym melonikiem; ona, asekurowana50 „na córkę”, niemal rzewna, pozwalająca nieznacznie prześwitywać brudnym majtkom poprzez czarny, tragiczny jedwab sukni.

A pomiędzy nimi, dyszący zielonym oparem, który bił od zieleni dalmatyki, unosił się astrolog Wulkan, osłupiały, i trzepotał, trzepotał brwiami.

Troje ludzi zamarło, skamieniało w powadze chwili.

Wreszcie odezwała się pani Heksenszus:

— Panie Osiełek, byłoby mi bardzo przyjemnie, gdyby pan zechciał jutro spożyć z nami skromny obiad; czy pan lubi sztukamięs51?

— Tak — odparł Osiełek w zachwycie i głasnął się po udach.

*