Brzytwa maszerowała po policzkach z gracją, z dezynwolturą60, z przemiłym skrzekiem, przypominającym plucie przez zęby; policzki pana Osiełka stawały się gładkie, lśniące i chłodne w dotknięciu. Kiedy wreszcie ujrzał, jako był dokładnie ogolony i śliski na gębie, poczuł w sobie tyle szczęścia, tyle zachwytu, że omal się nie rozpłakał; ale nie uczynił tego: pan Osiełek był człowiekiem silnym; ucałował tylko brzytwę w rękojeść i schował do czerwonego pudełeczka; potem się upudrował, skropił włosy wodą kolońską, od której powietrze stało się chłodne i wiosenne, zdjął robdyszan, wśliznął koszulę i kalesony, koszulę opancerzył błękitnym półkoszulkiem z doskonałej gumy, puknął w półkoszulek wskazującym palcem i zaczął naciągać spodnie. Spodnie były brązowe, koloru smacznej czekolady, niedawno prasowane, pachnące jeszcze rozgrzanym metalem żelazka.
Pan Osiełek strzepnął białą nitkę w okolicy rozporka, zapiął spodnie i nałożył szelki elastyczne, doskonałe; po czym jął plądrować w kieszeniach i dzwonić drobnymi pieniędzmi; zaszeleściło coś w prawej, jakby papierek od zjedzonej czekolady. Wyjął to „coś”: kartka; przeczytał: „Dziś o 5 wieczorem czekam na pana, panie Osiełek, na placu Kuglarzy, w pobliżu teatru marionetek”. Podpisu nie było. Zdziwił się pan Osiełek i zaniepokoił; zapiął szelki, ale już nie były doskonałe, spojrzał na spodnie i miały barwę gorzkiej czekolady.
Co to znaczy? Przeszedł się parę razy od zwierciadła do wanny i od wanny do zwierciadła, ale nic nie mógł zrozumieć. Stanął przed lustrem i wydało mu się, że zbladł.
— To nic, to puder.
Otarł puder, nic nie pomogło — był niezaprzeczalnie blady. Wreszcie zbladł zupełnie, oczy powiększyły się, ręce zaczęły drżeć.
— Rozumiem! To agent policji tajnej! — wrzasnął pan Osiełek, spuścił drugą roletę i zamknął drzwi na klucz. Siadł na fotelu, posmarował skronie wodą kolońską. To go trochę orzeźwiło.
— Myślmy rozsądnie, mój Osiełek. Mogą to być fałszywe sestercje, którymi zapłaciłeś kaucję w gabinecie szefa policji, a mogą i nie być; jeżeli tak — to cię powieszą, jeżeli nie, to cię nie powieszą i będziesz nadal śliczny i nieoceniony. To jednak nie przeszkadza ci zjeść obiadu u miłej wdowy Heksenszus; w niczym ci nie przeszkadza.
I mężny pan Osiełek schował tajemniczą kartkę do safianowego portfela, włożył kamizelkę, marynarkę i nowe trzewiki. Następnie owinął szyję kołnierzykiem, miękkim, niekrępującym, zawiązał krawat i przykrył głowę zielonym melonikiem; po czym, wywijając bambusową laseczką, wyszedł na miasto.
*
W przeciągu61 kwadransa był na placu Kuglarzy i za chwilę dzwonił do mieszkania wdowy Heksenszus. Biegnąc po schodach, zauważył, że nieprzyzwoity wyraz był do połowy zatarty, co mu dodawało tajemniczej soczystości, a obok świszczały białą kredą nagryzmolone słowa: „Osiełek świnia”. Gdyby pan Porfirion był człowiekiem naiwnym, napisałby na ścianie: „Ten, kto to napisał, sam świnia”, ale pan Porfirion nie uczynił tego, bo rozumiał wielką słodycz popularności.