Przy stole nakrytym żółtym pluszem siedziała pani Heksenszus, obok niej Wulkan i kapitan sztabowy królewskich huzarów63 śmierci.
Na widok Osiełka Wulkan powstał, poczesał czarną, niezręcznie przyklejoną brodę, oficer zadzwonił ostrogami i pogładził złociste szamerowania64.
Pani Heksenszus siedziała na fotelu z godnością, w przepychu nowej peruki, w bluzce z jedwabnej krepy, spiętej pod szyją medalionem, który wyobrażał jegomościa z przerażonymi oczami.
Wskazała Osiełkowi krzesło. Usiadł. Milczeli. Kanarek śpiewał.
— Więc o czym to ja mówiłam, panie kapitanie?
— O chorobie swojego małżonka — odparł oficer, najeżając małe wąsiki jak bagnety.
— Aha, tak. Więc proszę ja moich panów, mój Chryzostom65 w ostatnich dniach swego ziemskiego żywota miał stałe ataki, powiadam panom, straszne! Soliter66 mu podchodził pod samo gardło.
— Pani spirytusem nie próbowała — mówi huzar śmierci.
— Próbowałam kapitanie, ale nic nie pomogło.
— Mój wujek miał dwa solitery — oświadcza Osiełek i patrzy na zebranych z wyższością.