— To blaga — rzecze Wulkan.

— Jak to blaga? Widziałem na własne oczy.

Milczenie.

Po chwili za drzwiami coś stuknęło i wszedł, nikomu się nie kłaniając, najmłodszy Heksenszus, imieniem Wiktor.

Matka runęła na niego i okryła rzewnymi pocałunkami.

— Zupełnie podobny do ojca.

Jabłko rzeczywiście niedaleko upadło od jabłoni: gęba zamaskowanego bandyty.

— Chodź tu, synku, do panów.

— Na ki diabeł?

— Jak się wyrażasz, Wiktorku. Wybaczcie, panowie, to wyrażenie dziedziczne: mój mąż zajmował się przed śmiercią malarstwem i namalował czerwonego szatana.