— Co pani mówi? — rzecze przerażony Osiełek.
— Daję panu słowo. Chryzostom był zdolnym człowiekiem. A jaki łagodny! Nie chciałam pozwolić na sekcję, ale zrobili. To są podli ludzie. W żołądku znaleźli niestrawiony kotlet. Biedny Chryzostom! Wiktorku, powiedz, jak dorośniesz, kim będziesz?
— Fałszerzem monet — rzecze Wiktor i ma tajemniczy wyraz twarzy.
Zadowolony Wulkan uśmiecha się jadowicie: to on namówił do tej strasznej zbrodni młodego Heksenszusa.
— Idź za drzwi!
Wiktor wyszedł „za drzwi”, śpiewając niemoralną piosenkę.
Osiełek tymczasem siedział sobie spokojnie i rozważał piekielne problematy. Więc tak: musi ożenić się z Heksenszusówną i tropią go tajni policjanci. Ale powoli zapominał o rzeczywistości, w powietrzu albowiem rozlewał się tłusty, żółty zapach rosołu, spływający na duszę ludzką kojącym balsamem.
Osiełek przymrużył oczy i miał wizję: Zdawało mu się, że po morzu tatarskiego sosu płynie w porcelanowym półmisku, który jest wielki jak okręt i jeży się masztami z suszonych kiełbasek. Osiełek jest sam na okręcie, naciąga żagle zrobione z obrusa, steruje, wiosłuje i śpiewa. Okręt płynie sobie wolno, kołysząc się na falach, które Porfirion połyka, oblizuje się i jest bardzo zadowolony. Czasem wskakuje na pokład brązowy, dokładnie uwędzony węgorz, którego Osiełek bierze w dwa palce, odgryza ogon i puszcza w czeluści morskie. Żagle okrętu są umazane musztardą, układającą się w rysunki najrozmaitszej treści: słońca, księżyce, bestie heraldyczne i wieloryby. W powietrzu, które pachnie cynamonem i majerankiem, fruwają pieczone gęsi, śpiewając tak słodko, że Osiełek przypuszcza, że dojeżdża do Wysp Szczęśliwości67. W sosie tatarskim pluszczą się Nerejdy, z których jedna ma pępek podobny do rzodkiewki i — gdy Osiełek wyciąga palec, aby swoim zwyczajem pomacać — Nerejda znika.
— Panie Osiełek, jak się pan zachowuje? Gdzie pan wsadza palec?
Osiełek powraca do rzeczywistości i widzi swój wskazujący palec zanurzony do połowy w oczodole astrologa Wulkana.