— Najśliczniej przepraszam pana... myślałem — wyciąga palec i ociera spokojnie o żółty plusz serwety.
— Więc, proszę ja moich panów, bardzo, bardzo cierpiał mój Chryzostom. A jak łagodnie konał! Ręce miał skrzyżowane na piersiach — biedaczek.
— Szkoda, że pani spirytusem nie tego ten.
— Właśnie, właśnie, kapitanie, właśnie, że go zgubił spirytus.
— To blaga — rzecze Wulkan. — Jeszcze nikogo nie zgubił spirytus.
Osiełkiem znowu owładnęły wizje. Ale teraz zmieniła się pogoda: Sos tatarski przelewa się przez burtę, pieczone gęsi groźnie łyskają oczami, wichry rozdzierają żagiel. Aura straszna. Powoli otwierają się upusty niebieskie68, niebo jest ciemne jak wiśniowa konfitura, trzeszczą reje.
„Teraz zginę” — myśli Osiełek. Pojawia się w powietrzu długi, kościsty palec i pisze69 musztardą na żaglu. „Dziś o 5 czekam na pana na placu Kuglarzy”. Osiełek chce połknąć tajemniczą kartkę. Ale na próżno! Wirują musztardowe księżyce i słońca, a na samym dole żagla zjawia się łeb wieloryba o mikroskopijnych, czerwonych oczach.
— Pan mnie nie poznaje, panie False?
Osiełek otwiera oczy i widzi malutkie żyjątko w staromodnym surducie, duszące cienką szyję w sztywnym, wysokim kołnierzyku. Żyjątko ma zapłakane oczy i uśmiecha się fałszywie.
Osiełek mimo woli odbija piętami swoje krzesło i usuwa się dalej.