— Proszę panów, raz przejechało mojego wujka, właśnie tego, który cierpiał na dwa solitery. Mózg...
Heksenszus (wiercąc się na krześle i łypiąc oczami w stronę wskazówek zegara):
— Panie Osiełek, niech pan przestanie. Ach, Boże, co się mogło stać z naszą Pifcią!
Huzar śmierci:
— Pamiętam, w czasie manewrów poznałem jedną damę... co za nóżki, zupełnie córeczka szanownej pani. Wyszła na ulicę, a tu samochód. Na miazgę, powiadam państwu, na miazgę.
Tu pani Heksenszus zakołysała w powietrzu grubymi nogami i — pokazując rąbek brudnej koronki — padła z hukiem na podłogę.
Wulkan zamrugał, zadzwoniły ostrogi kapitana, sekretarz zapisał coś w notesie z płaczliwą miną, Osiełek zrobił twarz okrągłą. Milczeli. Kanarek przestać śpiewać i rzucał się w klatce jak opętany. Duża wskazówka zegara właziła ociężale na godzinę trzecią.
— Leży — po chwili oświadczył kapitan przy akompaniamencie dzwoniącego zegara.
Cisza.
— Przypuszczalnie — poprawił astrolog Wulkan.