Gwizdnęło teraz za drzwiami i wszedł na palcach inny Heksenszus, kłapouchy młodzieniec o nadmiernie wypukłych oczach, suwający po posadzce ciemnozielone papucie. Zbliżył się ku matce, wyjął z aksamitnych spodeńków butelkę z gumą arabską i dając znak porozumiewawczy zebranym panom, począł spokojnie wylewać gęsty płyn na włosy matczyne i precyzyjnie rozsmarowywać pędzelkami.
Panowie patrzeli, kiwając głowami.
— A może by tak zakleić powieki — zaproponował „inny” Heksenszus — to by było bardzo dobre.
Do tego jednak nie doszło. Wbiegł do salonu Heksenszus zwany Siódmym, dziesięciolatek z opadającymi pończochami, z niebieskim guzem na wypukłym czole, o nosie w kształcie kurzego jaja, ubrany w turecki fez76, tryskający czarnym pomponem, wbiegł, jako się rzekło wyżej, i młotkiem uderzył w skroń „innego” Heksenszusa. „Inny” Heksenszus zakołysał rękoma nad głową, wysunął język i zwalił się niewinnym ciałkiem na zwłoki matki. Coś jękło77 i ciche westchnienie na kształt pary z rosołu rozpłynęło się w powietrzu.
Młody morderca uciekł, rzucając młotek na stół. Soft obejrzał się i schował młotek do kieszeni.
Tymczasem Heksenszusowa najwyraźniej przychodziła do siebie: robiła piersiami, dyszała, biła dłońmi o podłogę.
— Niedługo się przebudzi — zauważył Osiełek.
— Prawdopodobnie — poprawił Wulkan.
Kapitan huzarów śmierci podniósł się z krzesła i — dzwoniąc ostrogami — wyszedł do przedpokoju, gdzie rozegrał się następujący dialog:
— Ni ma czasu, kapitanie.