*
Na rogu ulicy Szarlatanów, wsparty o złoto-czerwony szyld restauracyjny, gdzie napisane było wołowymi12 literami „Obiad z rybą i pieczywem 8 sestercyj”, żebrak zwany Łagodnym uderzył Porfiriona Osiełka w ramię i oświadczył spokojnie:
— Mógłbyś mnie wspomóc, stary kondlu13.
Osiełek lewym okiem zlustrował żebraka, wyjął z kieszeni helikon i pośpiesznie przyłożywszy go do ucha ubogiego człowieka, zagrał tak forte14, że ubogi człowiek zemdlał natychmiast. Po czym otarł dokładnie instrument i schował pod melonikiem. Kupił na rynku cztery pomarańcze i — podnosząc kołnierz — wpadł do bramy domu schadzek, gdzie niewidziany przez nikogo spożywał zwykle swoją porcję owoców.
I byłby je spożył w skupieniu, w nastroju jak należy modlitewnym, gdyby...
A było to właściwie nic, niby kot, niby nie kot (czyżby Myrmidon?), pachniało nie wiadomo czym, chód miało elastyczny jak materac — jednym słowem: kobieta.
Tak, najrzeczywiściej, w całym tego słowa znaczeniu kobieta przeszła obok Porfiriona Osiełka i gdy już pochylała się, aby przekroczyć metalowy próg bramy, Osiełek wrzasnął: „Hallo!”
Pani obejrzała się, nerwowo upuszczając torebkę.
I teraz Osiełek ujrzał, jako15 była przyjemna oczom16: Piersi miała ciężkie, rozrosłe, jakby pełne słodkiego mleka, a jednak dałby słowo, że dziewicze; ramiona szerokie, brzuch sprężysty i krągły. Oczy cokolwiek skośne popatrzyły na Osiełka ze zdziwieniem i znikły.
Ale Porfirion zjadł ostatnią pomarańczę i oblizując się spokojnie, rzekł w głębi swego jestestwa po łacinie: „Aut mea, aut nulla”17 i pobiegł za nieznajomą, krzycząc: „Hallo”. Dopędził ją i wyprzedził. Skłonił się i kładąc rękę na sercu: