Gdy wynoszono niewinne ciałko, kanarek śpiewał treny i łopotał skrzydełkami w klatce o zielonych, cieniutkich prętach. Poza tym było cicho.
Wdowa przychodziła do siebie powoli, epicko, fachowo: Najprzód odemknęła jedną powiekę i poprawiła suknię, potem otworzyła drugie oko i poprawiła włosy; w końcu pogłaskała piersi i zaczęła się unosić bardzo wolno.
— Dałbym słowo, że wstaje — rzekł kapitan.
— Prawdopodobnie — poprawił Wulkan.
Pani Heksenszus wstawała rzeczywiście; i byłaby podniosła się z upadku według wszelkich zasad lewitacji, byłaby z należytym obłędem spojrzała na obecnych, wrzeszcząc: „Oddajcie mi córkę”, gdyby nie groźny krzyk z czeluści kuchennych „Przypala się!” Jak ciężki bolid strzeliła wdowa Heksenszus do góry i runęła w otchłań dalszych apartamentów z takim hukiem, że blady Porfirion Osiełek pomyślał: „Zaczyna się trzęsienie ziemi”. Ale jakoś nie. Zapachniało tylko silniej rosołem, potem kwiatami, potem walerianą i wreszcie łóżkiem o nieprzewietrzanych materacach i pomiętej pościeli. Na progu stanęła Epifania.
Osiełek właśnie rozmawiał o nekrofilii79 z astrologiem Wulkanem, obserwując szamerowania kapitana, i zdziwił się, że kapitan wstaje, szasta nogami i kłania się nie wiadomo komu. To samo czynią pozostali.
Odwrócił się i osłupiał: Tak, to była na pewno ona, Epifania. I ujrzał „per visionem”80 ciemne schody, zielonawy płomyk zapałki i siebie, przygarbionego, jak wypisuje straszne słowo na ścianie lepkiej od wilgoci.
— Właściwie zgubiło mnie brzuchomówstwo i ten szarlatan.
— Pan dużo czyta?
— Tylko Homera.