— Kwiaty to blaga — rzekł Wulkan i usiadł.

Siedli wszyscy; Epifania na brzeżku krzesła, z rękoma opartymi na kolanach, z oczami spuszczonymi w dół.

Wulkan zaczął opowiadać o nekrofilii, Egipcie, przy okazji przemycając alegoryczne pytania pod adresem panny Pifci, które były sformułowane bardzo pięknie, ale w mózgu astrologa wyglądały mniej więcej jak: „Kiedyż, do cholery, dadzą coś do żarcia!”

— Czy pani zajmowała się nekrofilią? — zapytał Wulkan Epifanię po trzecim pytaniu alegorycznym.

— Ja tak kocham kwiaty — odrzekła Epifania cicho, z modulacją i zapachniała walerianowymi kroplami.

U pani Heksenszus

O godzinie wpół do czwartej przechodzili do jadalni: Na przedzie toczyła się wdowa pod rękę z Wulkanem, świszcząc wytartym, żałobnym jedwabiem i poprawiając na piersiach medalion. Wulkan mrugał powiekami bardzo szybko, plątał się w powłóczystościach dalmatyki i nastawiał sobie brodę, która powoli zaczynała się odklejać. Za nimi podskakiwał Osiełek, przyciskając do swego łona Epifanię, która zezowała bardzo dyskretnie w różowych emanacjach, bijących ze skrzydeł motyla-broszki. Następną parę tworzyło żyjątko sekretarza policji, zawikłane w sztywny, blady kołnierzyk i fałdy cielska pani Tundal88, ciotki Epifanii, która to „dramatis persona89 nie wiadomo jakim sposobem znalazła się w salonie.

Soft objaśniał pani Tundal, że „Osiełek to jest na pewno podejrzany człowiek (czy znała pani kiedy fabrykanta sztucznych nosów?)”, i dźwigał ze zrozumiałą powagą złote face á main90 swojej damy. Za nimi tarmosiło się jedenastu Heksenszusów, a na końcu pochodu, lśniący kanarkowym złotem galonów i pasmanterii, chrzęścił kapitan królewskich huzarów śmierci, zapinając ukradkiem ostrogę.

Zasiedli do stołu w tym samym porządku. Kapitan ulokował się na rogu i natychmiast zażądał wódki.

Osiełek na widok „sztukamięs” nie posiadał się ze szczęścia; parowała wonnymi kadzidłami pary i zieleniła się pietruszką.