Obrus leżał przed nim świąteczny, biały, jak najdokładniej splamiony musztardą, za pomocą której wymalowany był pośrodku półksiężyc w glorii91 gwiazd.
„Dziwnie się bawią w tym domu” — zauważył Osiełek w głębi swojego jestestwa.
— Porfirionie! — ryknęła wdowa. — Przynieście kanarka! — i zwracając się do Osiełka: — Nasz lokaj ma na imię Porfirion, niech pan się nie obawia.
Zjawił się drab z nożem, mruknął: „Zawsze z tym kanarkiem”, przyniósł klatkę i zawiesił ją na sznurku ponad głowami biesiadników.
— Widzi pan, panie Osiełek, ja bez śpiewu kanarka nie zjadłabym za nic w świecie obiadu. Niech pan spojrzy: jaki czarowny ogonek.
Kanarek mrugał przerażonymi ślepkami i Osiełek nie wiadomo dlaczego znalazł w nich podobieństwo do oczu jegomościa na medalionie.
— O tak, czarowny, w rzeczy samej, droga pani Heksenszus.
Kanalia Wulkan przesunął rękę poza plecami żałosnej wdowy i widelcem rozbujał klatkę.
— Sardanapal92, Sardanapal, mój biedny Sardanapal! Jak pan śmiał, panie Wulkan!
— Nic mu nie będzie, znam się na tym — odparł Wulkan i wpakował do ust potworny kawał „sztukamięs”, która, aczkolwiek „wyborna”, była żylasta i właziła pomiędzy zęby.