„Że też nie mogą kupić lepszego mięsa” — monologował w duchu astrolog, wpychając do gardła kawały mięsa serdecznym palcem; i głośno:
— Świetne mięso, czcigodna pani Heksenszus, psycho-somatyczne93.
— Panie Osiełek, może sosu kaparowego94, własnej roboty, doskonały — zapraszała wdowa.
— Dziękuję pani łagodnie, właśnie delektuję się chrzanowym.
I Osiełek rozlewał fajansową łyżką gęstą, szpileczkami rozkoszy w nosie kłującą ciecz, zwaną sosem chrzanowym, potem powoli umieszczał łyżkę w sosjerce kształtnej i przypominającej łódkę.
Biesiada odbywała się bez dźwięku fletów i forming95, ale za to z sąsiedniego pokoju dolatywały tony doskonale zgranej polifonii96, w której przyjmowało udział jedenastu Heksenszusów (dwunasty, jak wiadomo, zabity i deportowany na strych) pod batutą słynnego Wiktora.
Biesiadnicy spożywali potrawy spokojnie, a raczej z entuzjazmem zamaskowanym, który nie pozwalał na pożeranie mięsa palcami, co czyni każdy kulturalny człowiek, gdy jest, jak mówi poeta, „sam na sam z Bogiem”97. Najbezczelniej zachowywał się kapitan: zagarnął butelkę w prywatne posiadanie i trąbił jak helikon. Wdowa zdawała się nie zwracać na to zbytniej uwagi, ale gdy huzar śmierci palnął nożem w klatkę, bolesna pani Heksenszus wezwała Porfiriona-lokaja i kazała sprzątnąć alkohol. W odpowiedzi na to kapitan wyjął z kieszeni własną butelkę, pełną wiosennie zielonego płynu i zaczął chlać na nowo.
Przy rosole Osiełek wymyślił aforyzm i zakomunikował go Epifanii, twierdząc, że jest jego własnym i najzupełniej moralnym, na co śmiertelna mieszkanka padołu98 uśmiechnęła się tzw. zezem nieszkodliwym i wyraziła swoją miłość do kwiatów.
Przy gęsi rozpłakała się pani Tundal dla niewiadomych powodów, ale, jako również wdowa, mogła mieć po temu najrozmaitsze przyczyny, których nie starał się dociekać sekretarz Soft i współczując boleści w milczeniu, ocierał swojej sąsiadce wielkie łzy czerwonym fularem99. A tymczasem kanarek, nieszczęsny, sprofanowany od100 Wulkana i huzara śmierci Sardanapal, huśtał się jak wahadło niesłychanego zegara, rozpryskując na biesiadników siemię lniane i wiele innych rzeczy, stanowiących atrybuty dobrze sytuowanego kanarka.
— Fenomenalna gęś! — ryknął kapitan, czkając, i dla lepszego zadokumentowania swego zachwytu nasmarował sobie włosy nadzieniem.