Osiełek podziękował staruszkowi za informację i udał się we wskazanym kierunku.

Przez żółte od naftowego światła okna gospody ujrzał tłum ludzi jedzących i olbrzymi cień gospodarza w holenderskiej czapce. Przed gankiem na miedzianym drucie wisiał karp niepospolitych rozmiarów, wyrobiony cudacznie w sosnowej desce.

Osiełek pociągnął rączkę dzwonka, mającą kształt koźlej nogi, i wszedł do środka. Uderzył go w nos zapach wędzonych ryb, skwaśniałego wina i ciężka, chmielna woń tęgiego piwa.

U pułapu kiwała się sennie lampa naftowa, nakryta wyszczerbionym kloszem, i kołysały się bukłaki z bydlęcej skóry, bulgocące czerwonym winem. Za szynkwasem108 stał właściciel gospody, bydlę potwornych rozmiarów o potrójnej brodzie i oczach nalanych krwią.

Osiełek usiadł przy stoliku obok drzwi i po raz piąty odczytał niezrozumiały list.

W przyległej izbie grano na instrumencie przypominającym symfonał109. Na ławach pod ścianami siedziało podejrzane bractwo w jaskrawych ubiorach, ludzie o włochatych dłoniach i niegolonych policzkach. Wszyscy pili alkohol z kubków cynowych, na których różnymi kolorami były oddane sceny z żywota Pana Jezusa.

Człowiek w kapeluszu nasuniętym na oczy, z twarzą zabandażowaną do połowy, walił czerwoną pięścią w stół i krzyczał:

— Wszystkich wyrżnąć! Ot, co ja powiadam.

— Tak, to tak — potakiwał gość w czerwonej koszuli, sterczący sztywnymi wąsiskami ponad stołem. — Tak, tak, bracie Gwalbercie110.

— Wszystkich wyrżnąć, co do jednego; hallo, panie Kalwus111, butelkę wina!