W jakiejś izbie tańczono. Piszczały kobiety, zgrzytało bijące się szkło112 i podłoga trzęsła się tak silnie, że lampa, wisząca tuż nad głową Osiełka, podrygiwała jak tanecznica — i coraz głośniej zabulgotało śpiące w bukłakach wino.
Osiełek zamówił pół butelki miodu i pogrążył się w medytacji.
Raptem poczuł na skroni jakby chłód żelaza i zdało mu się, że ktoś stanął za nim; odwrócił głowę.
— Czy nie masz tytoniu, kolego? — pytał ochrypłym głosem człowiek z zabandażowaną twarzą.
— Nie mam — odparł Osiełek.
— Aa, to przepraszam.
Morderca skłonił się i wrócił do swego stolika.
Dwóch kuchcików w białych biretach wtoczyło wyłupiastą beczułkę; stanął na niej kobziarz113 i zaczął wygrywać rytmy taneczne.
Marynarz w granatowej czapeczce z czerwonym pomponem schwycił kobziarza za gardło i zwalił na ziemię; po czym sam wskoczył na beczkę i począł gwizdać na okarynie114.
— Voilà!115 To jest muzyka! — wrzeszczał marynarz, tańcząc na jednej nodze.