Osiełkowi od wypitego wina zaczynało się kręcić w głowie. Gospodarz patrzył na niego zakrwawionymi oczami, uśmiechając się szyderczo.

Marynarz grał na okarynie coraz żałośniej.

Mordercy pod ścianą chrapali.

— Panie Osiełek, więc gdyby pan miał czas, zaprowadziłbym pana do mego laboratorium na ulicę Noktambulików.

— Co pan mówi? Sam jestem noktambulikiem, na tej ulicy otruł się mój ojciec.

— Dlaczego?

— Z rozpaczy, akurat w dniu moich urodzin, anilinowym122 atramentem.

— Nieprzyjemna historia. Dlaczego właśnie anilinowym? Czy nie mógł innym środkiem?

— Mógł, ale widzisz, profesorze, mój ojciec był również estetą i miał specjalne nabożeństwo do fioletowej barwy: nosił tylko fioletowe krawaty i tylko fioletowe półkoszulki. Matka podobno radziła atrament czerwony, marki „Murzyn zabijający Łabędzia”, ale nic nie pomogło. Wypił butelkę fioletowego, stary wariat...

— Panie Osiełek, więc jeżeli pan zechciałby do mnie, to proszę.