— Bardzo chętnie.
„Zapłacili i wyszli”123. Osiełek wychodząc, zawadził głową o lampę.
Było już zupełnie ciemno i trochę wietrzno. Drewniany karp huśtał się tam i sam na miedzianym drucie, kołysząc niezdarnie ogonem. Blask, tryskający z piersi profesora, przecinał ciemność placu Kuglarzy ostrym, złocistym floretem124. Pod ścianą pewnego domu ujrzeli astrologa Wulkana, który właśnie, z głową zadartą do góry, przyglądał się konstelacjom przez teleskop, niewybredną kombinację sztywnych mankietów. Przeszli koło niego, nie słyszał — z nosem zadartym ku niebu.
Skręcili w ulicę Szarlatanów, minęli restaurację, gdzie sprzedawano obiady po siedem sestercyj „z rybą i pieczywem”, i znaleźli się przy Studni Neptuna. Osiełek zajrzał do środka: głęboko na dnie lśnił i dźwięczał helikon, a na powierzchni wody pływały upadłe z niebios gwiazdy. Ulice zaczęły się krzyżować i wikłać jak pajęczyna. Minęli plac Świętych Młodzianków125, potem zaułek Rzezimieszków, gdzie do późna w noc przechadzali się najwięksi łotrowie miasta, potem Wieżę Lunatyków i Więzienie Królewskie, obok którego mieścił się pałac burmistrza, strzeżony przez dwa drzemiące lwy z czarnego srebra; Osiełek zauważył, że ogony lwów były skradzione.
— Panie profesorze, czy jeszcze daleko? Ja zwykle chodziłem na ulicę Noktambulików przez plac Dzieciobójców.
— Już niedaleko. Idziemy dobrze.
Pod oknem domu, nad którego bramą wisiała blacha z napisem „Tu wejście do loży”, grał na flecie młodzieniec ubrany z włoska.
— Przystańmy, profesorze.
(W powietrzu miękkim od ciemności rytmy fletnisty tańczyły jak srebrzyste węże).
— Czy daleko jeszcze?