— Pan żyje?

— Tak.

— A „Pod Karpiem”?

— To mój brat...

I Różdżka zasnął, zamykając powoli wyłupiaste oko.

Świtało. W cynowym świetle brzasku Osiełek ujrzał mosiężne helikony, równymi rzędami poustawiane na półkach, i schwycił go taki gniew, że tracąc panowanie nad sobą, porwał stojącą w kącie wiolonczelę z pięknym zamiarem roztrzaskania jej na głowie parszywego drania Różdżki, ale opuściły go siły, wiolonczela zwisła mu w ręku i Osiełek, mając wrażenie, że całe niebo zwala mu się na głowę, runął jak długi.

*

Obudziło go rzyganie kota. Biedny Myrmidon zwijał się na kontuarze w kłębek, rozwijał się jak struna do skrzypiec, przewracał oczami i strzykał roztworem z niestrawionych sardynek. Bogumił Różdżka spał z rogalikiem zanurzonym w szklance białej kawy. Z ulicy dolatywał gwar. Przez szybę wystawową widać było szybko przechodzących ludzi, a na drugiej stronie ulicy wielki tłum zgromadzony dokoła nalepionego plakatu. Tłum kołysał się i chybotał podobny do kupy czarnych, wijących się soliterów, a plakat opiewał śmierć sekretarza Softa w nurtach Studni Neptuna i kończył się słowami: „Kimkolwiek jest zbrodniarz, który przyczynił się do zatopienia znakomitego policjanta, zostanie ścięty na rynku toporem katowskim”. Dalej widniały podpisy i pieczęć z czerwonego wosku.

Osiełek nie stropił się tym zupełnie i poszedł do kawiarni zwanej „Pod Wątrobą Prometeusza128”.

Było mu jakoś słodko na duszy i dlatego kupił sobie po drodze nową laskę, której złota gałka wyobrażała mordkę osiełka. Na balkonach domów wietrzyły się różnokolorowe dywany; ćwierkały różnokolorowe ptaki.