— Do łazienki.

— Jak pan śmie, panie Osiełek! Coś podobnego!

— No niby jako narzeczony.

— Cóż pan sobie myśli? Epifania nie może patrzeć na gołą rękę mężczyzny, a pan takie rzeczy! Wstyd!

Skonfundowany131 Osiełek spuścił oczy i zaczął przebierać palcami nader wstydliwie.

— Pan wybaczy, muszę wydać dyspozycje w kuchni, wrócę za mały kwadransik.

Wdowa wyszła, zostawiając na dziurawym miejscu sofy chustkę do nosa. Osiełek natychmiast uniósł chustkę i z dziką radością jął wybebeszać stary mebel. Robił to bez wprawy, niespokojnie, szarpiąc, i za każdym szarpnięciem wydłubywał z biednej kanapy pukiel końskich włosów. Po pięciominutowej pracy natrafił na coś, co przypominało surowy kotlet. Pochylił się nad otworem i spojrzał: Stęchła woń podrażniła mu nozdrza, twarz zbladła tak silnie, że zdawała się niknąć na tle białej ściany, włosy — nawet na brwiach — podniosły się do góry, czoło i dłonie pokryły się lepkim, kleistym potem: na dnie kanapy leżały martwe, nadpleśniałe bliźnięta. Tableau!132 Czyjeś kroki odezwały się za drzwiami. Osiełek z rozpaczliwą miną jął zapychać piekielny otwór. Serce mu biło. Wreszcie dziura została zatkana. Odetchnął. Ale nagle zbladł jeszcze bardziej i zachwiał się na nogach jak człowiek, którego spotyka wielkie nieszczęście, Boże! Boże! Bliźnięta były podobne do Epifanii. Tak, tak, na pewno: poznał to po charakterystycznym zezie. O, walcie, gromy! Biedny, biedny Osiełek!

Tymczasem w dalszym ciągu woda pluskała w łazience, burczały krany, syczał prysznic i Osiełek znowu zaczął pracować imaginacją. Pędzony przez wichry rozpaczy i namiętności, przebiegł ciemny korytarz, gdzie leżał fragment odgryzionego ucha (o, obłudna matko plugawych dzieci!), i stanął przed białymi drzwiami łazienki. Nachylił się: niestety, dziurka od klucza była zabita papierem. Zaczął wydłubywać papier powoli, bez szelestu, za pomocą wykałaczki. Ręce mu drżały. Drobne papierki jak malutkie gołąbki wyskakiwały z otworu i kołysząc się, opadały na podłogę. Uderzył niechcący głową w drzwi... do stu diabłów! Wreszcie pracowita wykałaczka uderzyła w próżnię. Zgarbił się, wścibił głowę i runął na wznak z przerażenia: Oto dziewica anielska Epifania Heksenszus była lekko brzemienną. O, pochłoń, ziemio, pana Osiełka!

— Osiełek, gdzie pan jest, panie Osiełek?

Był to głos wdowy. Osiełek podniósł się, zamaskował, jak mógł najlepiej, osłupienie, poprawił krawat i włosy, wygładził spodnie i wkroczył do salonu blady. Osiełek-posąg. Osiełek-kolumna.