— Panie Kalwus, jeszcze dwie buteleczki.

Osiełek automatycznie podnosił kubek do ust drżącą, spotniałą dłonią.

Zabandażowany morderca krzywił gębę w sposób odpychający i zgrzytliwym głosem opowiadał jakieś nieprawdopodobne historie, kołysząc wstrętnym łbem ponad stołem. Czkał ohydnie.

— Kochałem ja kiedyś panienkę... hoho, już bardzo dawno: jeszcze nie było wtedy Studni Neptuna. Mówię do niej, a było wieczorem i stałem pod jej oknem: „Chodź do mnie, będzie ci dobrze u mnie, chodź, gołąbko moja przeczysta”. (Morderca wznosił do góry prawicę ciężką i pokrwawioną). A ona śmieje się i prawi134: „Przynieś mi księżyc”.

O głupi, głupi, obiecałem, że przyniosę.

Noc była właśnie miesięczna135. Przyczaiłem się za węgłem koło drzewa i tak rzekę do siebie: „Jak się obniży to złote cacko ku ziemi i zawadzi rogiem o gałęzie, to wdrapię się na drzewo i porwę je”. Czekam, patrzę, ale nic. Wreszcie osunęło się, zaczepiając żółtym rogiem o wierzchołek drzewa — aż liście zadrżały. Wdrapuję się na drzewo, wyciągam rękę a tu smyk! Poleciał ścierwo do góry.

Idę pod okno i powiadam: „Gołąbko moja najśliczniejsza, uciekł mi księżyc, jakże go dostać? Chodź do mnie. Dam ci łańcuch złoty i purpury fenickiej136... pójdź!”

A ona wybuchła śmiechem głośnym, aż zadźwięczały zausznice137 srebrne, i mówi:

„Daj mi księżyc”.

Zrobiłem sieć wielką i chodziłem po nocy, aby go złapać. Zawsze mi uciekł. Wchodziłem na dachy domów i czatowałem.