Pewnej nocy poszczęściło mi się: Zarzuciłem sieć: wpadł; szarpał się jak ryba w okach sieci, mocny był.

Ściągnąłem go oburącz i niosę.

„Otwórz okno, gołąbko, niosęć138 księżyc”.

Otworzyła i zaczęła klaskać w dłonie z uciechy.

Ale nagle szarpnął mi się łotr i wyskoczył. Myślałem, że mi pęknie serce. Porwałem się i za nim, za nim. Oślepił mnie blask. Patrzę, a tu leci tuż nad głową moje nieszczęście.

Idę pod okno i płaczę: „Gołąbko moja okrutna, nie sposób złapać księżyca: mocny on i zwinny. Dam ci tkaniny złotej i adamaszku139, i mory kosztownej, i manele140 lśniące jak twoje oczy... pójdź!”

Odwróciła się tyłem, a potem narysowała małym, różowym paluszkiem księżyc na szybie i znikła.

Wyciąłem gałąź z jałowca i zrobiłem wędkę. Nocami siadywałem nad rzeką, czekając do wschodu księżyca. Gdy wzeszedł i utopił się w wodzie, zarzucałem wędkę z przyczepionym do haczyka promieniem jej włosów. Ale na próżno: podpłynął i odpłynął.

Rzucałem się wpław, ale kiedy go już prawie miałem w ręku, zawsze śmignął do nieba. O głupi, głupi!

Warzyłem zioła czarnoksięskie, ale wszystko darmo; radziłem się czarownic i wróżek.