Nocy pewnej, a było cicho tak, że słyszałem, jak ryby się pluszczą, wyjąłem sztylet zza pasa i wyciąłem nim własne serce.
Ciepłe było i drżało mi w dłoniach. Nadziałem je na haczyk i zarzuciłem. Podpłynął księżyc, przywarł i zaczął ssać. Widziałem, jak z żółtego stał się różowy, po brzegach splamiony krwią. Ostatkiem sił wyciągnąłem go na brzeg i przycisnąłem do serca.
Świtało, kiedym się dowlókł pod jej okno.
Wołałem na kolanach: „Gołąbko, pójdź do mnie, niosę dar!”
Nikt nie odpowiadał i głucho było naokół.
— I co się z nią stało? — spytał Osiełek.
— Co się stało? Uciekła z fałszywym zakonnikiem. Patrz! — krzyknął były kochanek. — Patrz tutaj!
Morderca rozdarł koszulę i przerażony Osiełek ujrzał w miejscu, pod którym bije serce, pusty, czarny otwór.
Łowca księżyca wybuchnął cynicznym, charkotliwym śmiechem:
— Panie Kalwus, jeszcze dwie buteleczki!