Ale tu zbrodzień w czerwonej koszuli rzygnął, aż zakołysała się lampa i — runął pod stół.

Osiełek tracił przytomność. Chwilami zdawało mu się, że nad barierą szynkwasu pochyla się cień Softa w bladym kołnierzyku i szepce coś Kalwusowi na ucho; Kalwus przewraca czerwonymi oczami i wskazuje na niego palcem; to znowu, że do gospody wchodzi Wulkan z siwą, sztuczną brodą, ma zgolone brwi i niesie na ręku uduszonego noworodka. „Czy pan nie jest agentem policyjnym?” Naftowa lampa zamienia się w klatkę z kanarkiem i huśta się od ściany do ściany. Kalwus pochyla bydlęcą głowę nad kontuarem, olbrzymim rzeźnickim nożem odkrawa nogę noworodka i zjada. Tak, tak... ślub za tydzień...

Osiełek zwiesił głowę nad stolikiem i zasnął.

Gdy się obudził, w gospodzie było szaro i pusto. Kalwus w białym fartuchu, z zakasanymi rękawami zamiatał izbę. Lampa dogasała. W mdlącym blasku świtu czerniły się na półkach butelki, równym rzędem jak czarne klawisze; z etykiet wynurzały się litery.

— Pić! — wybełkotał Osiełek. Kalwus przyniósł mu pełną szklankę jakiegoś cuchnącego alkoholu. Wypił jednym haustem. Pociemniało mu w oczach, zabolały uszy, zdrętwiały członki. Zasnął.

Było już dobre południe, gdy się przebudził. W obu izbach kupili141 się goście. Marynarz grał na okarynie i tańczył na jednej nodze. Kalwus puszczał młynka dużymi palcami.

Osiełek podniósł się od stolika z ledwością. Raziło go światło.

— Ile ja panu płacę, panie Kalwus?

— Nic.

— Dlaczego?