— Oho! — szepnął Osiełek — teraz mnie zarżną.
Szli przez długie korytarze, drżące od mroku, który wieszał się po ścianach jak nieprzyjemna, powikłana pajęczyna.
Wreszcie otworzyły się żelazne drzwi i Osiełka wepchnięto do sali tortur.
— Czy to ten? — ktoś zapytał.
Ten ktoś był to szef policji ubrany w purpurowy uniform, kończący się u góry malutką, łysą głową.
— Czy to ten?
I szef policji wyciągnął w stronę Osiełka długi, kościsty palec.
— Tak, to ten — odskandowało chórem dwunastu policjantów. Przy świetle gazu23 sto dwadzieścia guzików błysnęło groźnie. Za uchem szefa tkwiło pióro tak długie, jak jego wskazujący palec. Osiełkowi zdawało się, że stalówka przebija mu serce na wylot i brudny, trujący atrament rozpływa się po wszystkich arteriach.
— A, to pan? — mówił trującym głosem główny policjant. — Proszę, niech pan siada — nie! Raczej niech pan stoi, zbadamy pana.
Łysa główka kiwa się szybko; gazowe światło rozlewa się na niej jak piperment24.