— Nie mam czasu, panie.
— Niech pan kupi, arcydzieło sztuki, złoto i zielona emalia, kielich świeżutki: ukradłem go dziś w nocy.
— To pan jest złodziejem? — wyrzekł Osiełek i spojrzał na podejrzanego osobnika z miną jak najstaranniej uczciwą.
— Nie, panie, jestem świętokradcą — odparł człowiek w złotych okularach i oddalił się, napuszając dumne fałdy niebieskiej peleryny.
Osiełka nie chciano wpuścić do fabryki. Portier nie poznał go i nawymyślał mu od przybłędów.
— Jestem, durniu, właścicielem tego zakładu.
— Phi, znamy takich właścicieli. Wczoraj mieliśmy trzech panów i każdy przedstawiał się jako Porfirion Osiełek.
— Wpuść mnie, ośle, bo cię wydalę ze służby!
— Tylko przede wszystkim bez tego tonu. Do mnie mówi się: panie naczelny, dożywotni portierze.
Wreszcie wpuszczono go dzięki protekcji tłumacza na język włoski.