Padł w gabinecie dyrektora na sofę, zażądał wody, wybełkotał do zebranych kancelistów:
— Panowie, ja, Porfirion Osiełek żenię się za tydzień — i zemdlał.
— Należałoby postawić bańki — oświadczył tłumacz na język włoski, wylewając na głowę Osiełka karafkę wody.
Lekarz fabryczny skonstatował zatrucie alkoholem.
Dopiero pod wieczór udało się przyprowadzić Porfiriona do względnej przytomności. Zawinięto mu głowę w mokry ręcznik, usunięto półkoszulek, jako przeszkadzający w procesie oddychania, umyto przy okazji nogi i skradziono portfel.
Osiełek poczuł się lepiej i postanowił zrobić przegląd fabryki.
W pierwszej sali paliło się na podłodze wielkie ognisko, a nad nim wisiał miedziany kocioł, gdzie warzyły się związki chemiczne, z których wyrabiano owe sztuczne nosy.
Przy kotle drzemał robotnik, mieszając roztwór bukowym wiosłem. W powietrzu kłębiła się para schlapana miejscami niespokojną farbą ognia.
Robotnik nie zwrócił na Osiełka najmniejszej uwagi; leniwo kręcił wiosłem i chrapał.
W następnej sali gotowano poncz143 w kotle dużo większej objętości. Przyrządzał go mistrz Horacy144, kucharz fabryczny, trzymający w prawym ręku platerowaną145, apetyczną łyżkę. Był to rzewny staruszek z koźlą bródką, zapatrzony w niepomiernym zdziwieniu na swój nos — podobny ogórkowi, który wpadł przez pomyłkę do kubła z czerwoną farbą.