Mistrz Horacy zanurzał łyżkę w czeluściach naczynia i smakował poncz różowym jak zorza końcem języka.
Przed kotłem, na długiej ławie, w której nogach były wycięte serca, siedziało stu pięćdziesięciu robotników. Na brzuchach okrągłych jak pełnia księżyca opierali dłonie wymyte starannie i wolno pochylali ku sobie uśmiechnięte twarze, cicho gwarząc146 o goryczy pracy i słodkości gotującego się ponczu. Pierwszy w rzędzie spoczywał siwobrody mistrz Asinus147 i wróżył na palcach, czy poncz ugotuje się za kwadrans, czy za dziesięć minut.
Odwrócony tyłem do robotników, mistrz Horacy wznosił ramiona do góry, mrucząc zaklęcia i dorzucając drew pod miedziany kocioł:
— Necrophorus vespillo, dynastes Hercules, periplaneta orientalis, calandra148.
— Calandra — zaśpiewali chórem robotnicy, odwracając ku sobie zadowolone oblicza.
Kucharz dorzucał do napoju gałek muszkatołowych, imbiru, goździków, rozmarynu, rumianku i jeszcze pewnej ingrediencji149, której nazwy nie wolno było wymawiać pod karą wydalenia ze służby. Chwilami odwracał się na piętach ku siedzącym i wiosłując nad głową ramionami, uśmiechał się nader tajemniczo.
Podrygujące płomienie otulały zawieszony kocioł naokół i Osiełkowi zdało się, że widzi przed sobą olbrzymią głowę miedzianej niewiasty w kołnierzu z czerwonego futra. Dojrzał nawet zarysy oczu.
— Lampyris splendidula, polyphylla fullo, copris lunaris150, pasikonik.
Zaklęcie „na pasikonika” zakończyło inkantację151.
Kucharz opuścił ramiona, odwrócił się ku zebranym i wygłosił dłuższe przemówienie, w którym podniósł niedocenioną wartość ponczu dla rytmiki i wydajności pracy. Siwobrody mistrz Asinus odpowiedział krótko, ale dobitnie, i tak skończył, powstawszy: