— Opiekunie wieczysty kotła miedzianego, gdzie warzy się ingrediencja o nazwie, której nie wolno wymawiać śmiertelnym, spójrz na sługi twoje łaknące i nasyć je zdrojem ponczu doskonałego.

— Doskonałego — powtórzyło stu pięćdziesięciu robotników, wysuwając pożądliwie sto pięćdziesiąt języków podobnych czerwonym płomykom ognia.

— Pijmy tedy na chwałę pana Osiełkową.

Osiełek poprawił ręcznik na głowie i skrył się w kącie.

„Ładnie się bawią w tej fabryce!” — pomyślał.

Teraz zza kotła wyszło siedemdziesięciu pięciu lokajów w czerwonych frakach z połami wyciętymi na kształt skrzydeł papugi-kardynała152.

Na tacach z chińskiej laki153 nieśli stągiewki154 z zielonego szkła, zdobne w ucha, na których były wyrzeźbione koniki morskie. Szli równym rzędem, podnosząc stopy równocześnie i miarowo.

Skłonili karki przed siedzącymi i po wręczeniu stągiewek oddalili się na dawne miejsce.

Mistrz Horacy rozlewał napój drżącą łyżką, pulchniejąc w uśmiechu, który spływał aż po najniższe włosy koźlej bródki; i wreszcie, gdy każdy biesiadnik poczuł w duszy roztkliwiające ciepło i woń korzenną, mistrz Horacy wrócił na swoje podium przed kotłem, wzniósł wysoko ramiona, aż w kłębach pary rozpłynęły się mu palce, jak dłonie olbrzyma w obłokach, i w takiej pozycji zastygnął.

Robotnicy pili poncz, cmokając, zanurzali w nim nosy spiczaste i różowe i pochylali się ku sobie w zadowoleniu porozumiewawczym.